niedziela, 24 stycznia 2016

Rozdział 120


                                   ~~~~

   Malutka kropla spadła na soczyście zielony liść, którego w następnych chwilach zaczęły dotykać kolejne, a po paru minutach wielka ulewa wraz z wichurą, strasznie go uginała, ponieważ nie potrafił przeciwstawić się tak wielkiemu ciężarowi. Postać zza pokrytego strugami wody okna, nie wyglądała jakby chciała mu pomóc. Twarz tej osoby wyrażała złość, oczy miała przymrużone, jakby planowała kogoś zabić wzrokiem, co na pewno by się jej udało.
   Mężczyzna odszedł od zalanej szyby, po czym obrócił się. Spojrzał na swojego zgarbionego przy biurku wspólnika korzystającego z różnych źródeł nadapadach i szukając innych dokumentów wśród stosu zapisanych flimsiplastów dotyczących jego zawodu. Facet miał ochotę się roześmiać, ale nie chciał przerywać spokoju swojego kolegi. Rozbawiło go, że opanowana i poukładana osoba, którą grał na co dzień, to tak naprawdę nikczemny osobnik potrafiący rozpocząć wielką rewolucję, jak i wojna, do czego właśnie bardzo skutecznie dążył.
   Pomieszczenie przeszywała taka cisza, że można było zwariować. Od ścian odbijały się echa cichutkich dotknięć ekranu urządzeń, obracania kartek oraz wciągania i wydychania. Za oknem cały czas pogoda szalała.
   Szczerze przyznał, że irytuje go ta cisza, a doskonale widział, że towarzysz też nie może usiedzieć na miejscu i bawić się głupimi dokumentami tylko działać jak najszybciej. To tylko maska. Tak naprawdę chciał osiągnąć najwyższą władzę, ale nie posiadał wspólników, nie zamierzał nikogo upokorzyć, zdjąć podstępem. Czekał cierpliwie, choć ten pierwszy nie uważał, że to dobry pomysł. Sądził, że za długo to potrwa, ale nie odezwał się ani słowem w tym temacie. Dobry kolega nie miał bladego pojęcia, że ktoś może znać jego plany.
   Lepiej żeby tak zostało.
   Westchnął i usiadł na kanapie patrząc z boku na pracującego.
   Cisza była mu znana, ale niekoniecznie ją lubił. Oznaczała nudę, a przez nudę strasznie się męczył, bolała go głowa. Zdecydowanie wolał, kiedy pękała mu od pomysłów, a tak to czuł się jak zwiędła roślina, jak gnijący ogórek.
   Wspaniały urzędnik podniósł głowę znad datapadu. Wpatrywał się w ścianę jakby doszukiwał w niej jakiegoś znaku, informacji, polecenia. Wyglądało to wręcz jakby doznał olśnienia, a raczej na pewno...
   - Co jest? - zapytał pierwszy.
   Drugi nie odpowiedział od razu. Oczy wbijał w ścianę jeszcze przez długi czas, ale odezwał się i raczył odpowiedzieć.
   - Mustafar.

                                             ~~Atari~~

   [Ranek, następny dzień]
   W drodze do następnego punktu dostała wyraźny rozkaz stawienia się do "bazy", aby odpocząć. Zdała raport przez komunikat i skierowała pilota kanonierki do wyznaczonego miejsca obok zamku. Tam ukryła się z żołnierzami w jednej z komnat, żeby nikt ich nie wypytywał o Ahsokę. Niepostrzeżenie wzięła z Fives'em parę talerzy z potrawką i wyniosła do pokoju. Kiedy wszyscy zjedli, położyli się na materacach, które ona również przemyciła, po czym wszyscy poszli spać.
   Nad ranem wybudziła wszystkich, zorganizowała śniadanie, przygotowali się, wezwała kanonierkę i udali się do ustanowionego miejsca dzień wcześniej.
   Nie śpieszyło jej się zanadto. Jakoś nie miała ochoty spotkać Anakina i się mu tłumaczyć, gdzie jest Ahsoka, zwłaszcza, że poprzedniego dnia zwiała mu sprzed nosa jak najszybciej się dało, co raczej nie uszło jego uwadze. Drugim argumentem, przez który nie chciało się jej patrzeć na jakże uroczą, przystojną i oszpeconą jedną blizną, co dodawało mu większego uroku, twarz, to to, że strasznie się oburzyła kiedy rozkazywał jej tonem, jak do psa. A faktycznie, w tamtym momencie w jego głosie brzmiała jakaś wrogość, ale przecież nic mu nie zrobiła.
   Skąd to się wzięło?
   - Pani komandor. - zwrócił się do niej jeden z klonów, kiedy lecieli kanonierką. Przed chwilą go widziała jak ruszał głową, ale zbytnio się mu nie przyglądała, co nie oznaczało, że nie była pewna tego, iż dostał jakiś rozkaz.

   Miała rację.
   - Generał Skywalker prosi aby spotkać się w punkcie szesnastym. - poinformował.
   Może sałatkę do tego? (Frytek tam nie ma, ale sałatki są. "Poza galaktykę" potwierdza info)*
   - Jasne. - odparła. Nawet nie musiała mówić pilotowi, żeby skierował się w wyznaczone miejsce. Słyszał.
   Wyczekiwała ze spokojem na tę chwilę, choć to nie była jakaś sytuacja, przez którą nie mogła usiedzieć z podniecenia.
    Kanonierka wylądowała w wyznaczonym punkcie, gdzie Anakin czekał na nich z założonymi rękoma.
    - Gdzie Ahsoka? - zapytał na powitanie.
    - Własnej padawanki nie umiesz upilnować? - odparła Atari.
    - Atari, nie drocz się ze mną z łaski swojej, dobra? Pytam się Ciebie poważnie: Gdzie jest Ahsoka. Nie obchodzą mnie w tym momencie Twoje fochy.
    - Może gdybyś słuchał nie tylko swoich rozkazów, wiedziałbyś gdzie jest.
    - Możesz odpowiadać normalnie, z łaski swojej. Gdzie jest? - ponowił próbę spokojnym tonem.
    Utworzyła w swojej głowie wiarygodny obraz, który miał być wspomnieniem.
    - Została na placu, przynajmniej tak mówiła. Dostała ponoć jakiś rozkaz, żeby coś posprawdzać, przygotować żołnierzy...
    - Tak w nieoczekiwanym momencie zmienili jej obowiązki.
    - A ty niby tego nie robisz? Przykładem jestem ja.
    - Nie wyczułem jej na placu.
    - Też jej nie wyczułam, widocznie gdzieś została wysłana.
    - A...
  - Panie Generale - zaczął Rex. - Musimy się spieszyć. Droidy coś planują i nie umiemy rozszyfrować co.
    - Lecimy. - polecił.

                                         ~~Ahsoka~~ 

   Spędziła noc w trawach obserwując budynek, gdzie znajdowali się normalni cywile. Próbowała rozgryźć jak wejść tak, aby wyjść z efektem i pokazać, że Republika nie da sobą tak manipulować.
   Ale co jeśli znowu popełni błąd?
   Skąd miała wiedzieć, czy tak długie trzymanie tych osób nie jest kolejnym planem? Stwierdziła, że mimo wszystko zrobi to, co według niej jest dobre. Najwyżej wyrzucą ją z Zakonu. Zastanawiała się skąd nagle wzięła jej się tak duża obojętność w podejściu w wielu sprawach. Czemu nagle stała się tak obojętna względem swojego życia? Co to ma oznaczać?
   Po jakimś czasie zrobiła śpiąca, ale nie zamierzała poddawać się snu, lecz nawet nie wiedziała kiedy zamknęła oczy na resztę godzin. Spanie w trawach na terenie zajętym przez wroga nie było rozsądne i niebezpieczne, zwłaszcza dla Jedi, którzy na tej wojnie to najwięksi wrogowie Spearańców.
    Kiedy się obudziła, była bardzo zdziwiona, że jeszcze jest w jednym kawałku.
   Wschodzące słońce poraziło ją w oczy. Jej skórę dotykał miły, ranny wiatr, a do jej nozdrzy dobiegał ulubiony zapach - rosy. Lubiła poranki, to fakt. Jakoś nigdy nie miała problemów ze wstawaniem o wczesnej porze, ale to nie oznaczało, że raz na jakiś czas, nie może pospać dłużej, lecz takie sytuacje zdarzały się bardzo rzadko. Im wcześniej się budziła, tym więcej miała czasu i możliwości.
    Skontaktowała się z Atari, ale ta nie odbierała. Co miała robić? Nie była pewna czy może zacząć sama. Wolałaby z żołnierzami.
    Postanowiła jeszcze poczekać.
   Położyła się ponownie na brzuchu, a twarz schowała w ramionach. Rozmyślała nad wszystkim, póki nie usłyszała znajomych dźwięków, ale mimo to, podnosiła się powoli.
___________________________________________
*Zamykamy stołówki i knajpy przed Sonią! Ban za nielubienie sałatek! xD <3
Witam z mojego cieplutkiego łóżka. Porozmawiajmy o mojej wenie, co? 125 rozdział napisałam do końca w piątek, mam wenę na 3 one-shoty z czego dwa muszę napisać od nowa (jeden nowy, drugi słaby) lub dwa poprawić. Może jeszcze uda mi się w tym roku je opublikować, bo czekają od 2014, hehe :v
Mogę was z kimś, a raczej z czymś, zapoznać? O to mój Zeszyt!

Pewnie się zastanawiacie się, po co wam głupia pokazuję zeszyt, nie? Cóż, mogę stwierdzić, że jest on magiczny! Czemu? Cóż... to jedyna rzecz, która w tym momencie podtrzymuje moją wenę i mojego bloga? Łaj? Pojechałam na wakacje - zajęłam się one-shotem, co było błędem, chyba o tym już wiecie. Potem na wrzesień w miarę ogarniałam, potem przyszedł październik i gówno z tego było, a w grudniu byłoby bo ptokach, jakbym nie założyła mojego zeszytu A4. Cóż "tradycją jest" po lekarzu iść do sklepu... w poniedziałek, przed świętami, byłam na kontroli u lekarza, a potem w sklepie i poczułam wielką chęć kupienia zeszytu A4 w kratkę. Nie miałam pojęcia do czego go użyję, ale go chciałam. Wybrałam ładny i 24 grudnia zeszyt się przydaje! Od 110 przejrzałam rozdziały, a potem od 118 zaczęłam je spisywać. Jak widać mniej więcej zdjęciu. Do każdego wątku wybierałam główną akcję i ją zapisywałam. I robię to do teraz, nie gubię się, sprawnie się odnajduję, mogę ogarnąć co i jak, przez to, że dopisuję czasami więcej informacji, która pozwala mi kontynuować pewną sprawę. Jeśli piszecie "wielowątkowo", to myślę, że przyda wam się zeszyt i 3 lub, jeśli czujecie taką potrzebę, więcej zakreślaczy. Jakiś zeszyt, niekoniecznie A4 i w kratkę. Myślę, że A5 60kartkowy wystarczy, ale to zależy od własnej wygody. Mój zeszyt dla mnie odzwierciedla jakie mam duże pole do popisu :P
Dedykacja for al.

NMBZW!

niedziela, 17 stycznia 2016

Rozdział 119


                                                 ~~Padme~~

  [Kolejny dzień bitwy]
   Po raz pierwszy od wielu lat obudziła się z myślą "Co się działo gdy spałam?". Jak na ironię, po raz kolejny zdarzyło się to przez tragiczne wydarzenia na Naboo.
   Podniosła się i usiadła. Popatrzyła na padawanki, które jeszcze smacznie spały. Nie widziało jej się je budzić, ale po prostu musiała. Nie wiedziała jaka jest pora dnia, nie umiała określić, a one potrafiły to stwierdzić.
   - Wysy. - szepnęła. - Wysy. - powiedziała głośniej. Na dźwięk imienia, podniosła się Ekria.
   Padme parsknęła śmiechem.
   - Wysy. - skarciła przyjaciółkę Barolianka. Różowo-włosa od razu się podniosła z szybkim jękiem, następnie przeciągnęła się po czym ziewnęła.
   - Tak? Nie wydzieraj się. - poprosiła padawankę Aayly Secury.
   - Chodzi o porę. Co teraz jest? Noc? Ranek?
   - Czwarta rano. - odparła niepewnie Ekria.
   - To jeszcze dwie godziny spania. - zarządziła najniższa i padła próbując ponownie zasnąć
   - Wysy, ty leniu śmierdzący. - fuknęła biało-włosa.
   - No co? - roześmiała się Wysy.
   - Prześpijcie się jeszcze. - poleciła Amidala.
   - Ty lepiej też. - poradziły jej.
   Ekria zgłosiła się na pilnowanie czasu, bo ponoć była w tym dobra. Wspomniała coś o latach praktyki gdy nie chciało jej się wcześniej wstawać i miała ochotę dłużej pospać.
   Wybudziły się po godzinie i pięćdziesięciu minutach. Mimo niewygodnego posłania czuły się pełne energii. Wysy dla pewności chwyciła dłoń pani Senator i pozytywnie wpłynęła na jej zdrowie, co dodało kobiecie jeszcze więcej chęci do kolejnego dnia wykonywania swojego zadania, o którym nikt nie wiedział.
   Padme ponownie zaczęła prowadzić ich w odpowiednie miejsce. Szły w ciszy i o dziwo: czas w ogóle się nie dłużył, a wręcz przeciwnie. Szybko im to zeszło, nie zorientowały się, że minęło czterdzieści minut. Ekria i Wysy wyczuły drgania w Mocy.
   - Są niedaleko. - odezwała się ta pierwsza.
   - Ilu droidów? - zapytała Naberrie.
   - Trochę więcej niż wcześniej. Możliwe, że się dowiedzieli.
   - Tak czy siak, to nie ma znaczenia. Na każdego Jedi przypada... - zaczęła Wysy, ale Ekria nie dała jej skończyć.
   - Pamiętaj, że jesteśmy padawankami, nie Rycerzami lub Mistrzami Jedi. To są dość przybliżone dane. Pamiętaj, że na Geonosis i w czasie całego kongliktu zginęli Padawani, którzy zostali zabici przez jednego. Nasza ranga...
   - Nie powinnam was o to prosić. - przerwała Padme.
   - Nie o to chodzi, chciałam tylko jej wyjaśnić, że nie możemy podchodzić do tego optymistycznie.
   - Ale masz rację. Każdy Padawan jest narażony na większe niebezpieczeństwo. Nawet Atari i Ahsoka, które są uważane za lepsze, a tak nie jest.
   - Senatorze, same się zgodziłyśmy. Wiesz o tym, że Jedi ma swoje życie, gdzie też ma podkładanie kłody pod nogi. Zawsze są jakieś złe przeczucia, ale nie powstrzymuje to nas od dobra innych. Uda się.
   Przeszły jeszcze odcinek, którego koniec był przy ukrytym wraku najbliżej znajdującego się miejsca pobytu mieszkańców.
   Ekria wspięła się na metalowych belkach, uniosła dłoń i odchyliła Mocą dużą kostkę brukową służącą im za wyjście. Następnie wzbiła się w powietrze i pobiegła w stronę ulicy. Za nią podążyła przyjaciółka.

                                              ~~Obi-Wan~~

    [Poprzedni dzień]
   Obi-Wan, jak zwykle, złomował droidy, odbijał ich strzały, chronił cywilów i żołnierzy oraz wydawał odpowiedzialne i skuteczne rozkazy. Nie robił nic nadzwyczajnego, tylko to, co każdy Jedi na Wojnach Klonów, a jednak... było w nim i Anakinie coś innego, lepszego, skuteczniejszego. Nie bez powodu zostali nazwani bohaterem Republiki. Najbardziej podziwiały ich małe dzieci, dokładniej chłopcy. Dla takiego chłopczyka zobaczenie jakiegokolwiek Jedi to spełnienie najskrytszych marzeń, ale spotkanie się z obrazem Obi-Wan Kenobi/Anakin Skywalker przeciwko zgraii droidów... uczucie nie do opisania.
   Na Naboo znajdowały się takie dzieci. Wręcz masę i również byli w tej grupie, którą dawny Mistrz Anakina Skywalkera miał uratować i przetransportować w bezpieczne miejsce. Co najlepsze, dzieci po prostu podziwiały, nie przeraziły się okropnym widokiem zabijanych żołnierzy. Ich twarze oblewało zachwycenie... Kenobiego to... odrzucało...
  Kiedy żołnierze Republiki z trudem uporali się z batalionem droidów, zaczęli rozkuwać mieszkańców Naboo. Słońce już prawie schowało się za horyzont. Uwagę Obi-Wana przykuła pewna rodzina. Dwie kobiety były bardzo podobne do Amidali... domyślił się, że to jej rodzina, lecz jego wzrok od razu powędrował w stronę o wiele bardziej przypominającą Padme - Sabe, jej dawną służkę, a obok niej inne, po czym zaczął zmierzać w ich stronę.
   - Witam. - powitał kobiety, kiedy znalazł się przy nich. - Obi-Wan Kenobi, do usług.
   - Nie poznałam Cię, Mistrzu Jedi. Dobrze Cię znów zobaczyć.
  - Mnie was również. Nie przybyłem tu tylko dla ratunku, ale też dla uzyskania pomocy od was. Jesteście proszone o to przez królową Apailanę. - poinformował.
   Wszystkie pięć popatrzyły na siebie.
   - Oczywiście. - zgodziła się Sabe.
   - Wejdźcie do któreś z kanonierek. Zaraz będziemy wyruszać.

                                                    ~~Ahsoka~~

    Nawet nie minęła sekunda, kiedy Tarkin wykonał niespodziewany ruch. Przestraszyła się, bo nie wiedziała co robić. Chwała Mocy, że jej wewnętrzne podjęcie działania nie trwało nawet jednej setnej sekundy. Szybko zrobiła unik kierując się w jego stronę. Kiedy do niego dotarła, zaczęła się z nim szarpać, mimo że ten miał broń w ręku i strzelał gdzie popadnie.
   Chwycił ją dziwnie za nadgarstek a potem odepchnął ją od siebie. Ona wyczuwając za sobą ścianę budynku, wystawiła nogę, odbiła się od budowli wspomagając się Mocą i wylądowała na jego barkach.
   Złapała odpowiednio za głowę, wykonała jeden ruch pozbawiając go życia... 
   Zeskoczyła z niego zanim jego ciało opadło na ziemię. Popatrzyła na trupa, który niedawno sam chciał ją zabić. Ponownie zaczęła myśleć nad tym co zrobi Anakin, jak się dowie. Możliwe, że Republika w ogóle nie chciała się go pozbyć tylko przesłuchać, a później zapewnić mu gnicie w więzieniu?
   Ahsoka, coś Ty zrobiła?! nawrzeszczała na siebie w myślach. Prawdopodobnie popełniła wielki błąd... skąd mogła być pewna, że ta wojna po tym się skończy? Przecież informacje, które posiadał miały wielką wartość! Chciała sama sobie skręcić kark, ale w ostateczności wybrała kontaktowanie się z Atari.
   - Soka! - Atari wykrzyczała jej zdrobnienie niczym "Wszystkiego najlepszego!" na imprezie niespodziance.
   - Żyję! - odparła krótko.
   - A Tarkin?
   - Nie i to był chyba błąd.

   - Dlaczego? Mamy go z głowy!
   - Jakie są wieści?

   - Pewna fabryka przetrzymuje normalnych cywilów, dokładniej do pracowników.
   - Lecisz tam?
   - Nie.
   - To ja tam pójdę. Wyślij mi na razie dwójkę żołnierzy.
   - Soka, Anakin do mnie dołącza. Co ja mam mu powiedzieć?
   - Zanim się zapyta zacznij go wyzywać i robić mu awanturę. Chyba tego chciałaś, prawda?
   - W sumie... uważaj na siebie.
   - Odpocznij, Ati. Niech Moc będzie z Tobą!
_________________________________________________
Dobry! Kto zaczął ferie tak jak ja? :D
Czemu nie było rozdziału?
Tak, to chyba pytanie, na które odpowiedź jest jedną z tych bardziej wyczekiwanych przez was rzeczy w tym tygodniu.
Jestem normalnym człowiekiem, zwykłą nastolatką, która ma swoje życie, w którym dzieją się różne rzeczy. W jej rodzinie także. 9 stycznia miałam okazję obchodzić jedną z bardzo rzadkich uroczystości - 50 rocznicę ślubu, dokładniej to moich dziadków. Nie mam ich na co dzień na miejscu, ponadto nie było czasu na nic, a nawet gdyby był, to wcześniej chciałam wypróbować na nowym telefonie aplikację blogger, bo komputera nie brałam (jak zwykle), ale był z nią problem. Wywalało mnie na początek rozdziału. Nie wiem czy to przez telefon, czy przez aktualizację aplikacji, co ostatnio nie jest zbyt dobrą stroną aplikacji. Potwierdza to mój messenger, który znormalniał dwa dni temu.
No, ale jest przeglądarka w telefonie, jaki problem?
Ho! Duży! Usuwa posty. Potwierdzam z Idą. Ida pary razy się przekonała, ja jeden. Całe szczęście, że chociaż połowę one-shota zapisałam... niestety - po półtora roku nadal nie doczekał się dokończenia i publikacji, meh :/
Co najlepsze, mam weny w kij, chce mi się pisać... ale lenistwo woli oglądać H2O... tak, wspominam H2O :D W każdym razie, nie jest to spowodowane feriami. Zauważyłam, że kiedy źle się dzieje - wena przychodzi :D
Chciałam podziękować Idzie i Soni.
Idzie, za wieczne wspieranie mnie i towarzyszenie przez ten krótki, ale jakże ważny dla mnie, czas ♥
Soni, za wznowienie kontaktów, bo jej obecność też coś dała <3
Na razie żegnam, bez dedykacji, bo muszę zmykać i kupić na ostatnią chwilę prezent dla mamy >.>

NMBZW!  

niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 118


                                      ~~Atari~~

   - Pani komandor. - podszedł do niej Fives. - Generał Skywalker przesłał nam informację, że za niedługo tu będzie.
   - Stang! - zaklęła Atari. Zapewne gdyby usłyszała ją ciotka, a może nawet Padme, to by jej się dostało za takie wyrażanie się, lecz akurat  w tym momencie mało ją to interesowało. Ahsoki nie było, bo gdzie się znajdowała? Oczywiście, że tam, gdzie Tarkin!
   - I co teraz?
   Atari jęknęła.
   - Mamy przechlapane. - mruknęła.
   - My? - zdziwił się Fives. W sumie, to sam nie wiedział czemu i dlaczego. Raz, przecież on nic nie przeskrobał, dwa: wykonywał polecenia komandorów, więc jednak... to był tak zagmatwany tok myślenia, że każdy głupiec by zrobił z tego labirynt na dwie galaktyki.
   - Ja i Ahsoka. - oświeciła go dathomiarnka. - Przecież wy, żołnierze, nic nie zrobiliście.
   I nici z kariery architekta...
   - Co mu powiemy?
   - Nie wiem, dobrze by było gdyby zatrzymała go jakaś sprawa, ale nie życzę im źle. Po za tym, on nie ma co tu szukać zaraz musimy lecieć gdzie in... nie mów mu gdzie jesteśmy. Niech nas szuka. Im więcej mu to zajmie, tym Ahsoka będzie co raz dalej od ochrzanu...
   - Pani, nadchodzi zmierzch.
   - I w tym problem. Walki zapewne będą zatrzymane... a my... co z Ahsoką? Tak naprawdę się martwię, miała skończyć dawno temu. Nie czuję aby stała się jej jakaś krzywda, ale...
   - Myślisz, że tak długo się użerają ze sobą?
   - Aż za długo. - stwierdziła z obawą. - Pakujcie się do statków. - poleciła.
   Sama stanęła w miejscu, gdzie można bardzo dobrze obserwować poczynania żołnierzy-klonów. Czuła lekki strach - strach przed Anakinem. Kto by pomyślał, że bardziej będzie się tak obawiać w kryciu przyjaciółki wykonującej potajemnie zakazany plan od bitwy gdzie mogła prawdopodobnie zginąć? Może to po prostu mąż kuzynki tak na nią działał? Co z resztą było dziwnym przypadkiem, ponieważ od niedawna chciała wydrapać mu oczy za krzyczenie na nią.
   Jej myśli zostały zasłonięte zamazanymi obrazami, które wyglądały inaczej niż sceny wyjęte z przeszłości lub wyobrażenia planowanych wydarzeń. Miały w sobie... coś niezwykłego.
   W dziwnym świetle ujrzała Zabraka, którego skóra była koloru czarnego i czerwonego, jego zęby wyglądały jak oblane - jakimś cudem - przeterminowaną farbą, przez co jego uśmiech przyprawiał o mdłości. Jego wzrok przeszywała nienawiść i przekonanie, że jest najlepszy lub ktoś z jego otoczenia albo wszyscy naraz z jego grupy. Nie umiała określić tego w krótkiej chwili.
   Widok przeniósł się na Qui-Gonna Jinna, oraz młodszego od niego Jedi podobnego do Obi-Wana i prawdopodobnie to właśnie on. Trochę trudno było zgadnąć, bo jego twarz nie wyglądała, jakby miała kiedyś strzelać fochy o byle co.
    Potem... czerwona klinga przecięło ciało Jinna, a ten bezwładnie upadł. Parę chwil później, górna cześć tułowia spada w dół.
   I na tym "przedstawienie" się skończyło.
   Kiedy znalazła się w rzeczywistości poczuła jak coś ciągnie ją do tamtego miejsca. Chciała się znaleźć tam natychmiast. Miała świadomość, że im szybciej załatwi większość spraw, tym szybciej będzie mogła tam pójść... ale po co? Czy to miejsce ma naprawdę tak dużo w sobie, że musi tam iść? Co śmierć Qui-Gonna ma się do niej? Znała go tylko z paru treningów, szanowała go, lecz nie był dla niej kimś ważnym.
   Nasunęła jej się myśl, że może chodziło o Anakina i Obi-Wana? Ale zaś z nimi nie była dość związana. Łączyła ich tylko Ahsoka i Padme, samego Wybrańca znała od niedawna bez jakieś silnej sympatii. Owszem, lubiła go, popierała małżeństwo z Amidalą, ale jak na razie nie darzyła go zaufaniem jak przyjaciela. To wszystko.
   - Komandorze Orgeen. - przywołał ją Fives. - Wszystko w porządku? Odlatujemy.
   Na oko żołnierza, wyglądała jak żywy trup, który zdziwił się głupotą jakiejkolwiek osoby, sądząc, że pozbędzie się jej, gdy ją zabije...
   - Już idę. - odparła.
   Wykonała dyskretny ruch by "otrzepać się" z tego wszystkiego, po czym pognała w stronę kanonierki.

                                     ~~Aayla Secura/Główny plac~~

   Skywalker wyruszył, więc miała nadzieję, że choć chwile, psychicznie, odpocznie. Mówiąc szczerze: martwiła się o młodego Jedi. Miał przed sobą ciężkie zadanie, jak i bardzo trudne przeżycia za sobą. Więc, prawdę mówiąc, podziwiała go. Po za tym, nie każdy jest zdolny do tego, aby sam się przyznać. Ona i Kit Fisto nigdy nie odważyli się powiedzieć innym prawdę o ich tajemniczym związku, który nie trwał długo. Odeszli od siebie wiedząc, że zrobili źle, lecz nie oznaczało to, iż Aayla żałowała. Dobrze się czuła, cieszyła się, że po prostu mogła spróbować, nawet na taką skalę.
   Królowa bezpiecznie przybyła na plac, chciała walczyć, ale nikt nie chciał jej pozwolić. Argumentowała tym, że jako królowa nie może siedzieć bezczynnie, bo nie po to ją wybrano. Ogólnie to zaczęła się kłótnia, że Apailana ma poczekać aż to wszystko się uspokoi, a ta dalej chciała natychmiast rzucić się w wir walki bez dobrego planu, którego zresztą nie miała jak ustalić z innymi, bo wolała się wykłócać. Tak w ogóle, to przez nią się planu nie dało ustalić, bo byli nią zajęci. Aayla traciła do niej cierpliwość, lecz nie zamierzała krzyczeć, tylko przemówić do rozsądku.
   Wkrótce dziewczyna odpuściła i zgodziła się zostać do póki nie podejmą działań z nią związanych. Razem z nią stwierdzili, że najlepiej będzie poszukać dawnych służących dworu ponieważ mają do nich poważne plany.
    Później, nie wiadomo skąd, przyszła grupa mieszkańców Naboo. Powiedzieli tylko, w której dzielnicy byli. Nie wspomnieli jak tu się dostali. Nikt nic nie odezwał się na ten temat. Secura wskazała im miejsce, gdzie mają się ulokować, po czym poszła do Apailany. Mimo że młoda królowa naburmuszyła się z powodu nie poparcia jej pomysłu, od razu obie zaczęły wymieniać się swoimi sugestiami w temacie byłych więźniów tak, jakby nic się nie stało.
   Czyżby to była pułapka?

                                      ~~Obi-Wan~~ 

   Uwolnił się od byłego ucznia.
   Może to niezbyt miła i trafna opinia, ale jego serce czuło się wolne, choć prawda była zaskakująca. Tak bardzo dobiła Obi-Wana, że sumienie zaczęło go wyżerać. Czuł się, jakby miał w sobie potwora... a może on sam jest potworem? Zachował się strasznie, dlatego czuł się jak czuł. Nie musiał spychać go na dół, aby nikt nie zobaczył. Jak długo jeszcze pociągnie?
    Cody zdołał bardzo szybko odnaleźć miejsca pobytu dawnych sług. O dziwo zostali wysłani do największej grupy jeńców i znajdowały się tam wszystkie służki Jamillii i Amidali w tym sobowtór młodszej - Sabe. Podobizna była tak wielka, że nikt nie potrafił zgadnąć która jest prawdziwa. Kenobi podejrzewał, że to Sabe Republika potrzebowała najbardziej. Anakin dałby sobie rękę uciąć (Trochę perfidne, wiem xD ), że na pewno po to chcą "bliźniaczkę" jego żony.
   Gdy byli nie daleko, Mistrz Jedi widział wiele głów, które, patrząc z jego perspektywy, nie ruszały się. Nie mieli wiele czasu - słońce znajdowało się już prawie za horyzontem. Walka po ciemku w takiej sytuacji jest bez sensu, a jeńcy na pewno woleliby spokojnie śnić niż oglądać zabijanie żołnierzy, słyszeć strzały i zgrzyty rozwalonych maszyn.
   Kiedy znajdowali się pięć budynków od grupy, żołnierze wraz ze swoim generałem szykowali się do wyjścia z kanonierki i ataku na stróżujące droidy. Z tego co wiedzieli, to inne ukrywały się w zakamarkach, ale szybko obmyślili skuteczny plan jak się ich wszystkich pozbyć.
   Klony na czele Obi-Wana wybiegły z kanonierki w tym samym momencie, w którym jej podłoże spotkało się z brukiem. Droidy zaczęły do nich strzelać, ale ci nie byli dłużni. Na twarzach jeńców pojawiło się zdziwienie, a u niektórych zadowolenie.
   Ukryte automaty zaczęły się ujawniać z wielu stron.
_____________________________________________
O co chodzi z tym 123 rozdziałem? A no, przez przypadek w sylwestra zamiast zapisać, to opublikowałam. Ida potwierdzi, bo ze mną była :D
Cóż, rozdziału 123 nadal nie skończyłam. Jestem w 1/3 od sylwestra. Cóż... staram się, jak mogę. Miejmy nadzieję, że uda się wszystko i ten rok, będzie lepszy pod względem pisania :D
Szczęśliwego nowego roku! :*

NMBZW!  

niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział 117


                                            ~~Ahsoka~~

   Zaczął się do niej szybko zbliżać.
   Stała bez ruchu, ale gotowa by przyjąć każdy jego atak i się obronić. Nie mogła zrobić na obrót, musiała przestrzegać zasady Jedi, był bezbronny, a Jedi mieli wpojone, że nie wolno im zabijać osoby bez broni w ręce. Tak więc, pozostało jej czekać i wytrzymać do momentu, kiedy to Tarkin stanie się na tyle zdesperowany, że sięgnie po swą broń, która nie zrobi jej najmniejszej krzywdy... przynajmniej tego oczekiwała. Ostatnio żyła w niepewności co wcale nie pomagało, a wręcz pogarszało i przecież nie mogła!
   Miał minę jakby zaraz ponownie chciał ją wsadzić do więzienia... a nie, to wzrok zabójcy... właśnie do niej biegnie by ją zamordować! Chwila, chwila... sekunda... uderzył ją w twarz z pięści i zaczął silnie okładać gdzie popadnie, ale nie, ona nigdy nie zamierzała się poddać. Nie pozostawała dłużna temu zdrajcy i idiocie. Zadała mu ból, kiedy zamachnęła się prawą ręką, a gdy go odrzuciło kopnęła go na wysokości przepony. Jęknął, lecz dalej ją napastował bez litości. Żadne z nich nie chciało odpuścić.
   Na tę chwilę przestały się dla niej liczyć priorytety, dla których walczyła. Myślenie o nich rozpraszają ją. Należało uznać je za nieważne, a potem do nich powrócić, aby mieć wyrzuty sumienia... do wszystkich, a zwłaszcza do Anakina. Czy naprawdę sądziła, że będzie dla niej łaskawy kiedy skończy z Tarkinem? Albo czy jego żal za jej niesubordynację pozwoli mu rozpaczać nad jej martwym ciałem lub w ogóle grobem? Czy Atari i Barriss wybaczą jej duszy za brak powrotu jeśli zginie, skoro w jednym momencie potrafiła zapomnieć o obietnicy złożonej najlepszym przyjaciółką? Może gdyby nie była zajęta naparzaniem się z Tarkin, to by poczuła wstyd i wstręt do własnych czynów, ale jej umysł to... pustka. Może to i nawet dobrze, zero nienawiści, nie stoczy się.
   Ta osoba, która wyjdzie z tego cało będzie musiała trochę czasu spędzić w bactcie, siniaki i rany - gwarantowane, a bili się bardzo mocno i zawzięcie. Wyniku pojedynku nie dało się przewidzieć wcześniej niż przed końcem.
   Natarł na nią, lecz ona szybko zablokowała cios, a następnie sama mocno go rąbnęła tak, że się wywrócił, a następnie poturlał parę metrów od niej. Był blisko swojej broni, ale nie zamierzał się jeszcze nią wspomóc, dlatego szybko wstał i w błyskawicznym ruchem kopnął ją w brzuch, przez co odrzuciło ją trochę.
   Długo bawili się w kotka i myszkę, ale żadne z nich nie okazywało zmęczenia, choć  powoli tracili panowanie nad własnymi ciałami z powodu bólu. Tano w takim stanie mogła wytrzymać więcej niż ten człowiek. Owszem, oboje spędzili wystarczająco dużo czasu na treningach, ale Ahsoka w walce ze świadomością używała Mocy. Teraz przysięgła sobie nie używać żadnej ze swojej sztuczek, ale większa "odporność" przez dawne momenty, kiedy wspomagała się Mocą, odbiły się na jej umiejętności tak po prostu sobie zostały, 
   Nagle dostała w nos tak mocno, że dosłownie powstał czerwony wodospad. Nie wiedziała, czy ma załamany nos, czy co się z nim działo. Nie przejmowała się tym, jakby miała znieczulenie. Krew sączyła się z jej nosa, a ona nadal broniła się próbując zabić swojego przeciwnika, aby chociaż jednego zakazu nie złamać.
   Tarkin mając świadomość, że niechybnie przegrywa, zaczął wycofywać się w tył jednocześnie nieustannie starając pozbawić życia tego wnerwiającego szczyla Skywalkera, a następnie samego jego, Anakina Skywalkera, doprowadzić do wielkiej rozpaczy i pomóc Sidiousowi nabyć nowego, potężnego ucznia.
   Specjalnie dał się wywalić na ziemię, następnie wykonał szybki ruch, wstał z bronią palną w dłoni i zaczął strzelać do zdezorientowanej Padawanki.

                              ~~Padme~~

   Wróciły do tunelów i kierowały się na zachód co miało im zająć tylko trzy godziny. Drugi dzień dobiegł końca, a liczyła się każda minuta. Nie dość, że ludzie cierpieli, bo zapewne byli tak samo głodni, jak poprzednia grupa, to mogli ucierpieć na działaniach Separatystów przeciwko Republice, a tego nikt od tej drugiej strony konfliktu nie chciał.
   Padawanki usilnie próbowały ukryć swoje zmęczenie, ale nie wychodziło im to zbytnio. Co chwilę ziewały, chwiejnie chodziły, ich głowy wręcz wisiały, a oczy cały czas się zamykały i zaraz potem gwałtownie otwierały, a one udawały, że nic się nie dzieje. Amidala również nie czuła się najlepiej.
   Najchętniej by się położyła i zasnęła, co w jej stanie jest koniecznością.
   Po paru godzinach chodzenia Padme postanowiła się zatrzymać i zarządziła sen. Chociaż to złe dla niej, to chciała spać na betonie. Twierdziła, że będzie jej wygodnie i nie potrzebuje większych wygód. Może gdyby nie była w ciąży... padawanki nie chciały się z nią kłócić. Nie wygrałyby, a pani Senator lubi postawić na swoim, przynajmniej tak twierdziła Atari, a Atari to kuzynka Neberrie, więc dziewczyną pozostało po prostu uwierzyć.
   Padme rozłożyła swoją narzutkę na podłodze, zwinęła pewien fragment tworząc z niego a'la poduszkę pod głowę, po czym położyła się na nim i zaczęła myśleć. Choć była zmęczona to nie mogła od tak sobie zasnąć. Oczy nie mogły się jej zamknąć, do głowy napłynęło wiele myśli. Martwiła się o Anakina, o Atari. Zastanawiała się, jak to możliwe, że zupełne obce osoby są jednak... w dość dużym stopniu podobne. Ta trójka - ponieważ jest jeszcze Ahsoka - przyciągała do siebie wiele kłopotów, ale również umiała znaleźć z nich wyjście, tylko że teraz panowała gorsza sytuacja. Nie chciała wątpić w ich jakiekolwiek umiejętności, lecz nie mogła mieć pewności czy każdy z nich przejdzie przez to wszystko po dobrej stronie, a tym bardziej - żywy.

                               ~~Obi-Wan~~

   Owszem, był zdziwiony pojawieniem się Anakina z trzech przyczyn. Pierwsza: nie sądził, że to właśnie on się pojawi. Druga: czemu nie jest w innym punkcie, przecież jako Wybraniec i główny cel tej bitwy, więc dlaczego nie ma nic do roboty? Obi-Wan prosił o kogoś wolnego, a skoro Skywalker przybył, to znaczy, że nie miał co robić i siedział bezczynnie na czterech literach... Trzecia: jak to możliwe, że w ogóle się zgodził? Oboje postanowili się do siebie nie odzywać. Kenobi do byłego padawana za złamanie zasad i jego próśb z Padme, a Mistrz Ahsoki nie chciał zostać tym gorszym i zechciał milczeć w stosunku do Mistrza Jedi z przyczyny następującej - Kenobi miał na niego... focha. Tak, to idealne rozwiązanie sprawy!
   Mimo wszystko przyznał, że pomoc byłego Padawana strasznie ułatwiła sprawę. Nieświadomie, w głębi serca, przyznał, że tęskni za walczeniem u boku Skywalkera, ale sam by o tym nie pomyślał, a tym bardziej powiedział to na głos. Usilnie próbował sprzeciwić się sercu, co nadawało jego prawie czterdziestoletniej twarzy groźny chłód, wręcz gorszy od tego, który posiadał Mace. Anakin nie słyszał jeszcze jego głosu, ale pewność, że gdyby Kenobi się do niego odezwał, to oblałby Skywalkera oschłością niczym deszczem.
   Walcząc w "starym składzie", choć milcząc, o wiele szybciej im poszło z droidami, niż gdyby złomowali je osobno. Czyli... jak zwykle.
   Zaraz potem podszedł do niego Cody:
   - Generale, dostaliśmy rozkaz, aby poszukać dawnych dworzan pałacu. Każdy może się przydać. Do czego są potrzebni, nie poinformowali jak na razie.
   - Czy wiadomo gdzie mamy dokładniej ich szukać? - zapytał Jedi.
   - Jeszcze nie, właśnie to sprawdzamy, ale dobrze by było, abyśmy za parę minut byli gotowi.
   - Dobrze.
_______________________________________
Miał być one-shot, prawda? Niestety, nie ma. Rok pechowy :/ Cóż... postaram się, żeby w następnym roku było lepiej. Przyłożę się do pisania, ale nie obiecuję sobie, ani wam, że 2016 będzie lepszy. Zawsze jak sobie tak tłumaczyłam - było gorzej :/ Tak, więc... straciłam wiarę xD Ale to nie oznacza, że nie życzę Wam, aby był lepszy :P Ja po prostu nic nie zakładam :)
Spóźnione: WESOŁYCH ŚWIĄT
Wczesne: SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU
To ja się na razie z wami żegnam, do zobaczenia w 2016, postaram się o jakieś one-shoty, tylko muszę mieć wenę... a może ktoś jakieś pomysły, hę? :P
Dedyk dla wszystkich <3

NIECH MOC ZAWSZE BĘDZIE Z WAMI W 2016 ROKU! ♥     

niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział 116


                                  ~~Ahsoka~~

   Zastanawiała się, jak taki normalny człowiek nazywający się Tarkin mógł tak szybko zniknąć jej z oczu... porównywała do przebiegłego Palpatina, choć wiele mu brakowało to pomarszczonego intryganta, ale... a może to ona jest za słabą Jedi? Zastanawiała się dziewczyna. Myślała, że po prostu go wyśledzi, ale on w nierealny sposób znikł, nie pozostało padawance nic innego, jak wysondować faceta Mocą, lecz skurozjad był tak czwany, że się zbytnio nie dał. Nie oznaczało to, że uczennica Skywalkera się podda lub da się złapać w pułapkę oskarżyciela, mimo że wiele razy zdarzyło się togrutunace wpaść w niekiepską, określając przymiotnikiem ambasadora Binksa, zasadzkę, to tu nie zamierzała tak łatwo się złapać.
   A że normalne życie Jedi w spokoju również daje jej nieźle w kość, to na szybkie i pilne skupienie musiała sobie naprawdę zasłużyć, aby dostać w tak kryzysowym momencie taki prezent w od przekornego losu. ("Los chce ze mną grać w pokera, raz mi daje raz; raz zabiera..." Nawet nie macie pojęcia, jak to dobrze czasami znać różne piosenki Disco Polo XDD)
   Wyczuła go. Nie dała mu za wygraną, śledziła go tak aby go zaskoczyć, mimo że doskonale miała świadomość tego, iż wiedział, że ma ogon w postaci jego togrutańskiej, niedoszłej ofiary. W końcu pragnął aby zdechła za coś czego nie zrobiła. No bo, czego nie robi się dla swojego pana, który zapewne w ogóle nie planował mu przyszłości co wiąże się z zabiciem go lub zostawieniem na pastwę losu. Po co mu wojskowy, skoro dąży do posiadania ucznia noszącego nazwisko Skywalker i siać z nim postrach w galaktyce? Jakoś Ahsoce nie chciało się wierzyć, że ten stary idiota nie podejrzewa tego, że jest wykorzystywany i ma nadzieję na dobrą rolę w marzeniach Lorda Sithów. Swoją drogą, musiała przyznać, że Palpatine nie ma sobie równych. Czuła się przez niego jak najniższa warstwa społeczna wykąpana w błocie przez rękawiczki ze sztucznego tworzywa żeby ta lepsza osoba nie ubrudziła sobie rączek. Była uczniem, a skoro nawet najwięksi mistrzowie zostali omotani, to ona... ehh, szkoda gadać.
   - Nie ma sensu bawić się w podchody, Jedi. - powiedział do niej Trakin ze swojej kryjówki. Wcale nie musiała zgadywać gdzie jest, po prostu to wiedziała. On to nie Palpatine.
   - Jesteś za łatwy na tę zabawę, Tarkin. - odpowiedziała mu zadziornie. Stary dziad był dla niej tak słaby, jak mała, nędzna nitka. Wystarczyło ją pociągnąć aby rozpruć jakikolwiek ciuch. Tak samo wyglądało jego życie jeśli zechciałby się z nią zmierzyć, a to niewykluczone.
   - Zabijesz bezbronnego? - zapytał dziarsko.
   - Posiadasz broń. Pokonam Cię nawet bez mojej. Nawet jeśli odłożysz swój blaster, na pewno masz coś ukrytego. Każde podoo tak robi.
   - Jako Jedi możesz obrażać? - Wysunął się zza kolumny.
   - Nadal chcesz wymyślać zabawy, czy mogę Cię już pokonać?
   - Zabawna jesteś, dzieciaku. - stwierdził z parsknięciem.
   - Próbowałeś mnie zabić, ale Ci się nie udało. Mi się uda ciebie pozbawić życia w bardzo szybkim tempie. Nawet nie zdążysz zareagować. - ostrzegła go.
   - Zamierzasz walczyć bez miecza. Bez jakiejkolwiek broni? A więc dobrze.

                     ~~Maul~~

   Tak bardzo czekał na Obi-Wana. Chciał go zabić, to jego marzenie od wielu lat i miało się za niedługo spełnić, ale musiał siedzieć i tylko wszystko obserwować, a kiedy nadejdzie czas - zmierzyć się z byłym padawanem dawnej ofiary Zabraka. To on okaleczył ucznia Palpatina trzynaście lat wcześniej. Od tamtej pory Sith ogłupiał, ale przez te wszystkie lata miał w głowie wiele obrazów jednego momentu - śmierci Obi-Wana Kenobiego. Jego wyczekiwanie przyniesie efekty, Jedi poniesie taką samą klęskę jak mentor. To tylko parę chwil i już go nie będzie w otoczeniu żywych.
   Może to co myślał to zdrada swojej strony, ale pragnął aby ten szczyl od Skywalkera zabił Tarkina. Nie oznaczałoby to, że sama przeżyje tę bitwę. Maul też by nie zostawił ją przy życiu przez co zyskałby dodatkowe punkty i jak zwykle byłby najlepszy.
  Postanowił pośledzić trochę tego starego gnoma, nawet jeśli on jest młodszy od Sitha... ideologia Zabraka to strasznie pogmatwany labirynt, w którym z gniewu idzie umrzeć, więc każdy kto go znał... więc Palpatine wolał w ogóle się nie zagłębiać w chory mózg byłego ucznia, bo by zdechł ze złości. Za dużo do rozwikłania, dlatego Lord Sithów nie zamierzał wchodzić do tego bagna...
   Maul zeskoczył, znalazł się na ziemi i podążył za przebrzydłą wiązką Mocy swego odwiecznego rywala.

                 ~~Naberrie~~

   Sola miała przy sobie każdą ważną osobę prócz jednej - męża. Darred podziewał się nie wiadomo gdzie. Strasznie się o niego bała, ostatni raz otrzymała od niego wiadomość tydzień przed zajęciem Naboo przez Separatystów. Z zawodu był architektem, dostał nową ofertę w innym mieście, więc poleciał. Powiedział, że wróci teraz, ale okupacja uniemożliwiła mu to. Może się znajdować w każdym miejscu! Czy aby na pewno żywy?
   Pooja poruszyła się niecierpliwie. Dziewczynki strasznie się nudziły, nic do roboty, przebywały pod presją, a ich serce przeszywał strach.
   Zastanawiała się nad Padme. W głębi duszy popierała to, co zrobiła siostra, zwłaszcza, że kobieta gdzieś głęboko przewidziała taki zwrot akcji. Dowiedziała się o ich małżeństwie, ale nigdzie w HoloNecie o tym nie huczeli. Możliwe były dwie opcje: albo nadal ukrywają to przed galaktyką albo HoloNet dowiedział się o tym po blokadzie na Naboo. Starsza Naberrie nie wiedziała, które bardziej jest prawdopodobne.
   Obawiała się senator i w ogóle nie miała pojęcia co się z nią dzieje. Czy Atari się nią opiekuje? Czy obydwie są bezpieczne? Orgeen była Jedi, a w tych czasach zbyt dobrze o obrońcach Republiki się nie mówi. Skąd miała pewność na to, że Atari zachowuje się jak należy, zwłaszcza, że Padme jest osobą, która nie może usiedzieć na miejscu w sprawach swojej ojczyzny i rządu. Jeżeli chodzi o odpowiedzialność i ich pomysły - wszystko może się zdarzyć.
   Jeden z droidów podszedł do drugiego, który miał jakieś kolorowe odznaczenie, co oznaczało wyższy stopień, choć - po, jak dla niej, długim czasie przebywaniu w ich towarzystwie śmiało miała prawo do stwierdzenia tego faktu - inteligencja... oprogramowania? Nie ważne... w inteligencji oprogramowania niczym się nie różniły.
   - Zajęliśmy fabrykę, założyliśmy bomby i wpakowaliśmy tam pięćset ważnych osób, ale mniej ważnych też ta... - chciał dokończyć blaszany przybysz, ale ten drugi robot mu przeszkodził.
   - Wolno nam było brać mniej ważne osoby? I tak się innym dostało za zabijanie cywilów!
   - Spokojnie. Nikt nie nawet nie zauważy. To tylko parę architektów, którzy wracali ze wschodu. Kto się nimi będzie przejmować? Nikt.

   Sola gdyby stała, to nogi od razu by się pod nią ugięły.
   DARRED.
   DARRED TAM JEST!
   Rozpłakała się gorzko.
_______________________________________
Witam!
Gdzieś pisałam, że jak nie ma rozdziału, to mam powód?
Nie będę owijać w bawełnę. Od września żyłam w stresie, nie miałam czasu, jeszcze wiele rzeczy mnie denerwowało... od końca października coś zaczęło się dziać. Często było mi niedobrze, parę razy do czegoś doszło. Wreszcie, po miesiącu poszłam do lekarza. Tak, jak podejrzewałam - wszystko na tle nerwów i to jak na mój młody wiek było trochę gorzej niż myślałam. Jak na ironię, w czwartek, kiedy to rano miałam wizytę u lekarza, po południu zaczęła się taka jazda, że o mało nie wykitowałam i czułam się źle do niedzieli. Nie miałam siły wchodzić na internet, a musiałam. Starałam się coś pisać, mam nadzieję, że mimo wszystko jest ok. Nie mówiąc o tym, że wręcz dostawałam kopa. Robiłam bombkę i nagle na siebie nawrzeszczałam w myślach "Dziewczyno, wejdź na tego bloggera i pisz!" i tak się stało jeszcze dwa razy i co? I mamy jeden rozdział. Mam przeczucie, że dziś też.
Tylko nie wiem czy mi się uda. W piątek o 22:00... o, nie, przepraszam. 22:20, bo reklamy xD W każdym razie: byłam na premierze STAR WARS: THE FORCE AWAKENS! Przeżycie niesamowite, nadal nie mogę się otrząsnąć, więc nie wiem jak to z moim pisaniem.
Ważne pytanie:
Chcecie one-shota na święta? :3




NMBZW!

niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział 115


                                             ~~Anakin~~

   Postanowił skontaktować się ze swoją padawanką, by dowiedzieć się jak mają się sprawy. Niestety po paru nieudanych połączeniach zdenerwował się i postanowił nawiązać kontakt z kuzynką swojej żony, która, z tego co ustalono, przebywała w towarzystwie Ahsoki. Ona również nie dawała znaku życia, więc ostatnia szansa w Fives'ie, jak na dobrego żołnierza przystało, odebrał.
   - Tak, generale?
   - Jak wam idzie? Gdzie są dziewczyny, że nie odbierają?
   - S-są parę metrów ode mnie. Próbują ustalić, gdzie teraz idziemy, ponieważ wysunęło się parę pomysłów. - odpowiedział.
    Skywalkerowi nie spodobało się to jąkanie na początku, ale nie zostało mu nic innego, jak uwierzyć. Five'sowi można zaufać, dlatego nie miał wątpliwości, że usłyszał prawdę, choć trochę zamartwiał się o Ahsokę. Wyczuwał, że coś jest na rzeczy... Gdy obawy przekroczyły granicę jego teraźniejszych myśli, od razu wyprosił je chamsko i nie zamierzał wpuszczać ponownie.
   - Skywalker. - zawołała Aayla, gdy ten skończył rozmowę z Kapitanem.
   - Co się stało? - zapytał.
   - Jesteś jedynym, który jest wolny, tak więc wypłynął rozkaz abyś pomógł... Obi-Wanowi. - imię Jedi ledwo przeszło jej przez gardło gdy wypowiadała tę informację do Anakina. Zastanawiała się nad jego reakcją, która prawdopodobnie będzie zła.
   - Emm... a czy on wie?
   - Prosił o jakąkolwiek pomoc, nie mówił nic typu "Oprócz mojego byłego ucznia".
   - Albo o tym nie pomyślał albo jest myśli, że gdzieś walczę. W sumie, to nie ma znaczenia, pewnie jego mina będzie bezcenna jak mnie zobaczy, więc jest warto. Chociaż, nie jestem pewny czy uda nam się cokolwiek zrobić, jeśli się do mnie nie odzywa. Plan wymaga przedstawienia pomysłów, jeśli on ma zamiar milczeć, to nigdy tego nie wygramy.
   - Chyba że nie będzie mówić bezpośrednio do ciebie.
   - To też wchodzi w grę. Dobra, zbieram Rex'a i lecimy. Niech Moc będzie z Tobą.
   - Wzajemnie, Skywalker.
   Anakin po rozmowie wcale nie musiał prosić Kapitana o zebranie żołnierzy. Większość słyszał, więc szybko zabrał się do roboty i gdy jego Generał się zbliżał, klony szybko zebrały się w jedną grupę i zaczęli się ładować do kanonierek. Byli w pełnej gotowości, najedzeni i nawodnieni, mogli ruszać do akcji.
   Dostanie się do wskazanego punktu zajęło im zaledwie parę minut, Jedi przez rozmowę z Rex'em stracił rachubę czasu i ani się obejrzał, a już znajdowali się na miejscu i wyskoczył z kanonierki trzymając w dłoniach włączony miecz świetlny i rzucając się w wir walki.
   Nie obchodziło go czy jego dawny Mistrz go zauważy, czy będzie zdziwiony. Obchodziła go walka, a to jak zareaguje mentor przestało mieć dla niego znaczenie. Liczyło się tu i teraz. Zapomniał o Padme dla jej bezpieczeństwa, zapomniał o wszystkich wspaniałych chwilach. Wszystko co teraz widział w głowie, to wspomnienia po widokach zezłomowanych droidów z chęcią zobaczenia tego jeszcze raz, a idealnie doprowadzał sytuację do takiego stanu rzeczy.

                                ~~Padme~~

   Zastanawiała się nad stworzeniem swej pierwszej reklamy usług. Już w jej głowie świtał cały jej planowany monolog: "Poszukujesz przygód? Wybierz się ze mną na Naboo, do kanałów. Uciekaj przed separańcami, zrób sobie przed tym dziecko i miej męża, który przez wroga jest uważany za przyszłego Sitha. Dobra zabawa - gwarantowana!". Tak, dla niej to był wręcz idealny początek na lepszy interes niż posada senatora, choć na swoją obecną pracę wcale nie narzekała. Chciała działać jako służba publiczna, więc spełniły się jej marzenia. Wolała tą niż trzeci raz zasiadać na tronie rodzinnej planety. Nie żeby jej coś przeszkadzało, ale nie miałaby teraz choć takiej prywatności, każdy by wiedział o wszystkim, bo by musiała wyjść za kogoś zamożnego... najlepiej jakieś króla. Zdecydowanie uciekanie przed śmiercią bardziej ją ciekawiła.
   Tuż za sobą miała dwie padawanki, które miały się nią starannie opiekować, co wychodziło im bardzo dobrze. Nie mogła narzekać no coś perfekcyjnego. Młode, a sprawiały, że czuła się jak za dawnych czasów: malutka, chora Padme, a przy niej zatroskana matka sprawdzająca gorączkę.
   Na razie żadna z dwóch nastolatek nic w pobliżu nie wyczuwała. Wszystkie trzy szły w ciszy, żadna się nie odzywała, za to wszystkie poddały się rozmyśleniom, co Wysy nie wychodziło. Ona nie miała zbytnio nad czym rozmyślać, jedynie nad nieżyjącym Pablo-Jillem. Jej mentor został jednym z tych co zostali pokonani przez zniszczonego niedawno Grievousa. Tęskniła za nim, czekała na nowe przydzielenia, ale obawiała się każdego. Mistrz Jill zawsze był dla niej miły, pocieszał ją kiedy jej coś nie wychodziło, nie obwiniał ją za nie zrozumienia zadania, a na początku takich sytuacji sporo występowało. Jedi miał bardzo rozwinięty język, jej młody umysł nie mógł sobie poradzić z wieloma zagadnieniami, dlatego on musiał jej wytłumaczyć wszystko jak najprościej sam się przy tym trudząc. Wiele prostych słów od lat zastępował trudniejszymi przez często się jąkał przy nauczaniu skomplikowanego polecenia, które umiał wyjaśnić na swój zawiły sposób.
   Amidala co chwile gdzieś skręcała, ale w pewnym momencie się zatrzymała. Była osłabiona, niewiele odpoczywała, zwłaszcza, że musiała spać na niewygodnym podłożu co jest nie zdrowe dla jej stanu.
   Usiadła przy ścianie.
   - Dziesięć minut odpoczynku. - poprosiła. Ekria podała jej bidon z wodą, a ta upiła tyle łyków, ile potrzebowała. Dziewczyny zabrały ze spiżarni jeszcze trzy. Same je nosiły bez przyjmowania oferty senator, gdy chciała im pomóc. Naberrie nie ukrywała w sobie rozdrażnienia, przecież jedną plastikową rzecz napełnioną trochę wodą mogla nieść!
   - Nadal nic nie wyczuwam. - przyznała różowo włosa.
   - Ja też.  Jak myślisz, gdzie mogą przebywać? - zapytała barolianka swojej starszej podopiecznej.
   - Chodzimy w stronę mniejszych placów, które mogą służyć za takie miejsce. Musimy brać też pod uwagę to, że nie na każdym są. - odparła.
   - One chyba się różnią wielkością, może szukajmy tych, co są chociaż o metr większe od najmniejszych...
   - Ekira, wszystkie trzeba. Z każdego możesz wyczuć zbiorowisko żywych osób.
   - No tak...
   - Oszczędzajmy siły. - Wysy wysunęła się na środek między nimi po czym chwyciła je za ręce. Była pewna, że to im pomoże.
    Miała rację. Później odczekały aż wyznaczony czas przez Padme się skończy i wyruszyły w dalszą drogę.

                       ~~Ventress~~

   Shaak Ti wzięła ją na spacer.
   Dathomirianka nie wiedziała czy zacząć się śmiać z tej sytuacji, czy wyrywać się kobiecie, aby zostawiła ją w spokoju. Wyszło na to, że zostawiła trzecią opcję - pójść i się nie odzywać póki ją nie poprosi, albo nie będzie odpowiedniej pory. Tak, to dla niej dobry plan. Zamierzała słuchać Togrutanki. Wychodziło na to, że Jedi pełni rolę jej niani, co rozbrajało od środka byłą uczennicę Dooku.
   Została zabrana do Arborteum, w którym często, za dziecka, bywała. Stwierdziła, że nic się tam nie zmieniło. Wszystko takie samo, jak kiedyś. Wszystko pięknie pachnie świeżość i wśród tych wszystkich drapaczy chmur w oddali, wielu odgłosów latających pojazdów na niebie, miejsce to wydawało się niezwykłe, mimo że na Naboo taki widok jest normalnością.
   Ti usiadła na trawie krzyżując nogi, więc Asajj nie chcąc robić żadnych problemów, zrobiła to co jej "opiekunka".
   - Pytaj o co chcesz, ja spróbuję odpowiedzieć na twoje pytania. - odezwała się kobieta.
   - Chcę wyjść. Chcę żyć tak, jak przed momentem złapania mnie. - wyznała.
   - Wiem, musisz poczekać. Wiesz, że dobrze ci to zrobi?
   - Siedzenie w domu wrogów? Taa... na pewno.
   - Pomagamy ci, a ty nadal uważasz nas za wrogów? Wiem, że nie wyplenię w tobie zła, które zasiedliło się w twojej duszy od dawna, ale dziękować umiesz.
    - Tak, ale nie prosiłam o nic.
    - Ale dostałaś pomoc, więc powinnaś to docenić. Nie proszę o cię o szacunek, ale choć krztynę współczucia.
    - Wypuście mnie.
    - Jak nauczysz się z dobrego słownika.
________________________________________ 
Opadam z sił, serio. Dajcie mi ferie.
Ludzie! Już za 12 dni SW <3
DEDYKACJA DLA WSZYSTKICH <3

NMBZW!

PS. Proszę o co najmniej 5 komentarzy, bo nie wiem czy mam dla kogo pisać .__.