niedziela, 8 kwietnia 2018

Rozdział 197


~~Yoda~~

       Nie wiedział czemu w ogóle zdecydował się na przyjście na to zebranie Senatu. To nie tak, że Jedi interesowali się polityką czy nie dotrzymują słowa wobec przyjaźni oraz współpracy z Kanclerzem. Temat był po prostu... niezbyt ważny. Choć takie uznano na za miód dla uszu poprzez przerywnik okrutnych czasów niewoli na wysoką skalę, to dla Mistrza Yody zdawały się być utrapieniem. Niedosyt informacji czy aktualizacji danych spraw niepokoiły go jeszcze bardziej niż podczas toku sprawy konfliktu.
       Jednak coś go tam ciągnęło, a jego serce zdawało się czekać na cudowną nowinę. Jak bardzo się mylił. Dwie godziny przesiedział bezczynnie słuchając  czegoś, co nie przyniosło dla jego priorytetów jakiś rezultatów. Przez wiele lat widział zagrożenie w Skywalkerze, ale ostatecznie stało się to złudzeniem, lecz wolał to przedstawiać jako zwykłą ostrożność. Zwyczajnie w świecie za dużo wstydu sobie przyniósł swoimi przeczuciami. Ponadto, chwała Mocy, niewielu patrzyło na to co się stało, tylko na to co jest tu i teraz. Najważniejsze pytanie "Gdzie jest Anakin?". Gdzie podział się ich Bohater Republiki? To martwiło Yodę. Niestety, jeden człowiek potrafił zaważyć o słabości Zakonu. Fakt faktem, Jedi bardzo dobrze sobie radzili patrząc na sytuacje, ale zawsze pojawia się komentarz "Gdyby Anakin żył/nie zaginął, to z Obi-Wanem..." wszystko z tą dwójką, byłoby lepsze.
       Yoda doszedł do wniosku, że wszystko straciło sens wraz z rozpoczęciem wojen klonów. Kiedy to Jedi zaczęli wymierać masowo, poprzez okrutną śmierć. Niesprawiedliwą, albowiem podczas konfliktu trudno o sprawiedliwość dla wszystkich stron. Każda strata sprawiała, że stary Mistrz popadał w jeszcze większą beznadzieję, a im bliższy Jedi, tym większy smutek. Przecież wszystko miało się zmienić, więc czemu z dnia na dzień jest coraz to gorzej, trudniej? Jak mają wychowywać Adeptów, kiedy końca i dobra nie widać? Właśnie, jak ma wychować dwójkę Skywalkerów, którzy już dawno mieli wstąpić do Zakonu, ale Senator uciążliwie zapobiega całkowitemu oddaniu dzieci do Świątyni. Na razie wszystko działa na jej warunkach, bo cały czas liczy na to, że jej mąż wróci i to on podejmie decyzje o przeniesieniu. W każdym razie, zawarli umowę. Na ten czas, dzieci spędzały od trzech do czterech dni w tygodniu, przez dwanaście godzin w Świątyni - na noc wracały do domu. Po wstąpieniu w szeregi Jedi, Padme będzie mogła ich widywać trzy razy w tygodniu, z czego tylko jeden dzień i jedną noc spędzą w domu. Z czasem spotkania będą się skracały, a ich wyłączne dwadzieścia cztery godziny przestaną istnieć. Gdyby Anakin... gdyby Anakin po prostu był, dzieci miałyby więcej możliwości, bo cały czas byłyby pod jego opieką - odpowiedzialnego Mistrza Jedi.
       Czy jak wróci, to tak się stanie?
       Nic bardziej mylnego. Nie był przy wychowaniu tej dwójki, nie zna się zbytnio na roli ojca i cokolwiek z nim się dzieje, znając jego zapędy - trochę zajmie mu czasu odnalezienie się w rzeczywistości. Potem będzie już za późno na zmiany w umowie. Tyle dobrze, że on będzie miał jak się z nimi widywać, Padme - już nie.
       Po skończonej debacie, Yoda udał się na spacer po gmachu Senatu. Po prostu wybrał dłuższą drogę do wyjścia. Jak na Yodę przystało, szedł wolno, ale to sprawiało, że wyciszał się najlepiej jak umiał, pogrążał się w swoich sprawach. Stety niestety, zważając na jego powolne kroki, Kanclerz Aang go dogonił.
       - Witaj, Mistrzu Yoda - wyrwał z zamyślenia Jedi.
       - Witaj, Kanclerzu. O przyziemnych problemach słyszeć miło jest - odpowiedział.
       - Mistrzu Jedi, czy mógłbym prosić cię o potowarzyszenie w powitaniu uchodźców na głównym lądowisku? Chcę, aby poczuli się bezpiecznie, żeby nie wątpili w fakt, że Jedi naprawdę ich bronią.
     - Z przyjemnością na propozycję przystanę i ochronę naszą potwierdzę. Na Republikę nasz konflikt spadł, obowiązkiem moim jest to, o co mnie prosisz. W drogę, Kanclerzu - oświadczył z przyjaznym śmiechem Yoda, a polityk poszedł za nim. W ciszy.
       Tak, ta cisza była potrzebna. Moc nie rozmawiała z nim bezpośrednio, ale dawała dziwne znaki. Sprawiała, że nieznana siła ciągnęła go na lądowisko. Tajemnica godna zainteresowania.
       Jak szybko uda mu się ją odkryć?
__________________________________________
Nie miała warunków do publikacji :x
W ogóle - komu został rok do osiemnastki? No mi XDD Nie! Nie mam dziś urodzin! Nie - nie chce atencji i życzeń -.-
Przeglądam właśnie stare screeny i zdjęcia... zmiany, zmiany, zmiany! :D

NMBZW!

niedziela, 25 marca 2018

Rozdział 196

WAŻNE!
Elo, blospotowe świry! Jako, że mnie tu dawno nie było i jedna z czytelniczek zaproponowała yt, to, moim pomysłem jest SNAPCHAT. I pogadałabym do was, pokazała coś z tworzenia notek. Wiedzielibyście czemu mnie nie ma , co mam do powiedzenia. Jakieś Q&A. Jeżeli w ankiecie będzie 10 głosów, to w środę wieczorem pojawi się post z NAZWĄ.
Zapraszam do głosowania!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

~~Anakin~~

       Gdyby ktoś go zapytał "Jak?", to przyprawiłby Anakina o zawał. Sam nie wiedział, nie miał pojęcia jak im się udało w parę dni pokonać parę układów by znaleźć jakikolwiek transportowiec na Coruscant. Jakikolwiek. Cóż, Moc im sprzyja i znaleźli się na statku przewożonych uchodźców z paru planet zajętych przez Zygerrię, a sam Kanclerz zadbał o to, żeby znaleźć im mieszkania i urządzić w miarę normalne życie. Można by rzec, że dwójka Jedi dostanie wielkie powitanie, bo wszędzie huczało o tym, że na lądowisku mają czekać na nich przywódca Republiki i kilku ważnych senatorów. Czy to oznaczało, że Amiadala też? Czy może straciła na reputacji na rzecz wychowania bliźniąt. Albo w ogóle zrezygnowała z polityki... nie, to niemożliwe. Nie upadłaby tak nisko, jak by wychowała dzieci? Jak zapewniła by im byt, miejsca zamieszkania?
       - Żyjesz? - Zapytała Twi'lekanka.
       - Jestem zmęczony, chce mi się spać, a nie potrafię zamknąć oczu - przyznał.
       - Jak się czujesz? - Nie chodziło jej o to czy go coś boli, czy mu się kręci w głowie, ale o to, co mu siedzi w głowie w związku z tym, że wracają.
       - Czuję się... zagubiony - odpowiedział.
       - Czemu?
       - A ty nie? Wracasz z trzyletnią wyrwą w życiu. Nie wiesz co się dzieje w galaktyce prócz tego, że Zygerrianie na razie wygrywają, z czym się kompletnie nie kryją. Co z Zakonem? Sprawy wewnętrzne? Jak to się na Tobie odbije? Aayla, co jak co, ale miałaś gorzej ode mnie. Zgwałcili cię. Nie raz, nie dwa. Codziennie i to parę razy. A ty to znosiłaś.
       - Bo byłam niewolnikiem. Bo wiem do czego niewolnice mojej rasy są wykorzystywane. Ja nie byłam, ale sam fakt, że miałam w sobie nadajnik, po którym nas namierzyli, sprawiło, że potrafiłam sobie przyznać, że taki mój los. Poza tym, byłam bezsilna. Oboje nie potrafiliśmy nic zrobić. O mnie się nie martw. Ja to traktuje jako coś, co po prostu minęło, mimo że obrzydzenie będzie się za mną ciągnąć do usranej śmierci, która o dziwo nie nadeszła na Dantooine. Co to za zwycięstwo bez cierpienia. Jeśli przejdziesz wszystko bez poddawania się, wygrywasz coś więcej niż tylko wolność.
       - Przepraszam, że się nie pospieszyłem  z uwalnianiem nas - obwiniał się.
       - Nic nie jest twoją winą. Nic, a nic. Robimy to, co do nas należy. Popatrz ilu rzeczy się tym wszystkim dowiedzieliśmy. Mamy hak. Ja od razu przystępuję do sprawozdania. A na pytania terapeutyczne będzie czas.
       -  Wszyscy będą pytać - zauważył.
       - Ale przede wszystkim będą rozumieć, że najważniejsza jest twoja obecność. A kiedyś znajdzie się czas na opowiedzenie tego osobom, które mogą, a nawet MUSZĄ wiedzieć. Galaktyka ma wiedzieć suche fakty. Tortury i to, że nie daliśmy im żadnych informacji. Gwałt? Na innych niewolnikach, mnie potraktowano jak narzędzie, bo jestem Jedi. My sami w sobie musimy się z tym uporać. A oboje wiemy, że kiedy znajdziemy się na Coruscant, zechcemy wrócić, ponieważ nawał tego wszystkiego zmęczy nas bardziej niż te wszystkie męczarnie w więzieniu. Bo przywykliśmy.
       - Jak ty możesz o tym mówić tak spokojnie i tak mądrze?
       - Tęskniłam za tym - zaśmiała się. - Prześpij się, zanim zaleją nas pytaniami. Na Coruscant nie ma czasu nawet na skorzystanie z toalety - zażartowała.
       - Jak wyobrażasz sobie Eirę? - zaciekawił się. Drzemał, ale był w pełni świadomy.
       - Jako dojrzałą dziewiętnastolatkę, uczoną przez zdolnego mistrza. Dziewczynę czerpiącą radość z tego co jest. Oczywiście, w przyjaźni z Wysy. A ty? Co z Ahsoką?
       - Nie mam pojęcia. Tak dawno przestała być sobą. Ale na pewno, na sto procent, jako padawankę Obi-Wana. Dam sobie drugą rękę uciąć, że tak jest.
       Secura wybuchnęła śmiechem, ale i tak nikt nie słyszał. Ich transport był jak Kantyna, pełen rozmów, śpiewów i głośniejszych rechotów od jej chichotu.
       - A co z Padme i dziećmi?
       - A co z Fisto?
       Zawahała się.
       - To był dla niego wielki cios. To wiem. Wielkim ciosem będzie też moja relacja stamtąd, bo masz rację. Mimo wszystko jest to rzecz, o której nie mogę milczeć kiedy zapytają. Psychika jest bardzo delikatna i bardziej krzywdząca. Nie wiem czego się po nim spodziewać.
       - Ja też nie. Jak mam powitać dzieci, które mnie nawet nie pamiętają? Czy ich wrażliwość na Moc pozwoli im ze mną obchodzić się tak, jakbym był przy nich cały czas? Nie odstąpił na sekundę? A Padme? Co zobaczę w jej oczach? Trochę starych, trzydzieści lat ma - zażartował.
       - Jesteś okropny! - zaśmiała się.
       - Po co ja mierzyłem tak wysoko? - dogryzał dalej.
       - Zachciało ci się dojrzałych kobiet...
________________________________________
Właśnie pracuję nad rozdziałem 200. Trochę  mi to zajmie, ale dziś pójdzie w ruch jeszcze 201!

NMBZW!

niedziela, 18 marca 2018

Rozdział 195


~~Ahsoka~~

[Trzeci rok odwetu zygerriańskiego]
       Dzień zaczęła wyjątkowo dobrze.
     Trzy godziny po wschodzie słońca otworzyła swoje niebieskie oczy i z pozytywnym nastawieniem pomyślała o kolejnym treningu z Obi-Wanem. Szczerze powiedziawszy, dawno nie miała tak dobrego humoru, bo przez trzy lata myślała o tym jak jej życie straciło sens. Mimo że odzyskała swoje ciało, nie odzyskała względnej przeszłości. Nie odzyska jej nigdy - przez sam fakt tamtego przywrócenia równowagi i zniknięcie Anakina. Po prostu się nie da i w końcu przyjęła to do wiadomości. Z odejściem należy się jakoś pogodzić, by żyć w jak największym spokoju z samym sobą i Mocą, bo to ona jest sumieniem. Akceptacja to coś co wydaje się wyjątkowo trudnym zadaniem, a gdy przyjdzie co do czego, jest tak łatwe, jak uznanie menu na śniadania w świątynnej stołówce tamtejszego dnia - zwykła kanapka i herbata. Prostota - problem tkwi z środkiem. To małe aspekty składają się na coś wielkiego i skomplikowanego. Czasem zwykły kawałek mięsa może sprawić, że cierpienie zwierzęcia stanie się wszystkim, a to cząstka, mała informacja będąca powodem ogromnej sprawy.
      Czy Obi-Wan ją oszczędził?
      Wręcz przeciwnie!
       Była mu wdzięczna. Była wdzięczna za każde męczące, zalewające potem ćwiczenie odciągająca ją od teraźniejszości, ale nie ukrywała, ze strasznie brakowało jej Anakina podczas durnego treningu. Podczas wojen klonów, to bitwa była jej kształceniem się. Rzadko się zdarzało, żeby Skywalker zabierał ją na salę. Raz - nie chciało mu się, a druga powód to Amidala. Nie miał czasu na jakieś ćwiczenia mieczykiem zadające oparzenia, zwłaszcza, że często też bywali na froncie. Tano została nauczona bardzo ważnych rzeczy, ale za każdym razem, kiedy wchodziła na sale treningowe, wspominała te nieliczne momenty, kiedy to stawała się zwykłym padawanem, a nie maszyną do niszczenia droidów na wojnie.
        Herbata rozgrzała porządnie jej naturalnie lodowate ciało i na sercu poczuła miłe ciepło. Miała ochotę pognać do Apartamentu senator Amidali, aby zająć się jej dziećmi, ale przypomniała sobie, że tamtego dnia, bliźnięta przybyły się szkolić do Zakonu Jedi. To on objął teraz zajęcia wychowawcze i nadano smykom tytuły adeptów. Tano chętnie obserwowała tę dwójkę podczas szkoleń czy nauki w bibliotece szkolnej z trzech prostych powodów. Pierwszy, czuła obowiązek jako padawan ich ojca; drugi: opieka nad nimi z własnej, nieprzymuszonej woli. Trzeci: prośba Padme. Mimo że kobieta była świadoma drugiego punktu to i tak poprosiła. Dla obowiązku jako matki i potwierdzenia, że ufa dziewczynie bezgranicznie.
       Dziewczyna robiła już dziesiąty raz jedną serię liczącą sobie sto powtórzeń. Obi-Wan nie miał litości? Wręcz przeciwnie! Nie zjawił się z powodu ważnego posiedzenia Rady, na którą posłanek nie zwoływano. Praktycznie, posłanki już miały nikłą rolę w Najwyższej Radzie Jedi. Aayli nie było, Barriss nie żyła, fotel Anakina stał pusty. Tak po prostu. Nikt go nie zastępował, nikogo nie powołano by zając jego stanowisko, aczkolwiek wszyscy wiedzieli, że na czas nieokreślony to Luminara Unduli wypowiadała się w imieniu Skywalkera,  jemu samemu nadano status "W misji", tak jak i Securze, choć wielu spisywało ich na śmierć, choć każdy widział dwie wersje.
       Po trzech godzinach uciążliwego treningu postanowiła... zrobić tysiąc okrążeń na sali. Dawno nie potrafiła się zdobyć na określenie "zmęczenie", to wszystko pozwalało jej zapomnieć. W końcu lepsze to rozwiązanie, niż używki, co bardzo dobrze pokazała Offee. Wyniszczyło to nie tylko ją, ale i jej najbliższych. Właśnie, Ahsoka była tak naprawdę wrakiem w środku. Kompletnie sparaliżowana i tak od trzech lat. Jedyne, co dawało jej poczucie rozwijania się i stanie się lepszą, to praca nad wyglądem i kondycją. Psychikę mogła odbudować tylko w jeden  sposób - po powrocie Anakina. Są ludzie ważni i ważniejszy, a Skywalker to osoba będąca dla niej wszystkim. "Kto się czubi, ten się lubi" - tak bardzo pragnęła być przez niego zauważona, doceniona, co nie zawsze wychodziło, bo prezentowała się jako smarkata dziewczynka. Kiedy już dojrzała, za jego pomocą, zorientowała się, że ten człowiek nie jest dla niej byle kim. Kimś, kogo obdarzyła miłością większą niż cała galaktyka liczy sobie gwiazd i planet.
       Miłość.
      Zaryzykowała tak dużo i pokochała, budując tym samym swoją własną, dwuosobową rodzinę - brata i siostrę. Czy kiedykolwiek ktoś ochroni ją tak, jak ochronił ją Anakin przed złem całego kosmosu?
____________________________________CO U MNIE?!
Cześć, misie pysie! Po pierwsze, dedykuje to mojej Dziecince, która kończy mój tak jakby mentalny wiek - 15 lat, czyli tyle, ile to ja miałam gdy poznałam ją.
Po drugie, pamiętacie jak pisałam o krztuścu? Ostatecznie w ostatni weekend stycznia rodzice postanowili zrobić mi badanie, 29 w poniedziałek pobrali mi krew i infekcja była tak duża, że wynik miałam już 31. Zanim jeszcze miałam określone leki i diagnoza została potwierdzona, dostałam sterydy, które brałam o 18:00 przez trzy dni. Po dwóch godzinach, dostawałam powera, a między 20, a 21 już spałam. Kiedy się obudziłam, nie miałam na nic siły, ledwo mogłam chodzić ruszać się i momentami kompletnie nie wiedziałam co mówię, co robię. Kiedy dostałam konkretne leki, mój organizm zaczął się strasznie buntować. U mnie duszności były ciężkie, zawsze sesja kończona wymiotami i zanim poszłam z wynikiem na drugi dzień do lekarza, 31 stycznia o mało nie udusiłabym się na śmierć. Ja miałam o tyle ciężki przypadek, że trafiło to do mnie jako bardzo rozwinięta bakteria, ponadto, ja od dziecka, przez chorobę, mam bardzo słaby organizm i pomimo szczepienia na krztusiec w 3 miesiącu życia, złapałam takie bydle. Ponadto, przez cały luty siedziałam w domu, ferie miałam w ostatnim terminie, i we wtorek, w pierwszym tygodniu ferii już minęło, ale weekend złapałam anginę. I kiedy lekarz mnie zobaczył, bo całym tym krztuścu, powiedział, że organizmowi będzie ciężko, ponieważ ja mam zniszczoną śluzówkę gardła i żołądka z czego śluzówkę żołądka miałam już zniszczoną, ona się zregenerowała, ale nadal była katowana. Do tej pory pobolewa mnie gardło, dwa razy w tygodniu dostaje drgawek, mdłości, gorączki i ostatnio skończyło mi się zwolnienie z wf i muszę iść po nowe, dlatego, że zaczęłam zwracać. Ponadto, każdy kaszel przyprawia mnie o straszny ból, bo zapada mi się mostek. Nie mam siły robić zbytnio wielu rzeczy, weny nie mam, bo często czuję się źle, zwłaszcza w te dni, kiedy czuję się jak trup.
Poza tym, mam dużo nauki, w następujących dwój tygodniach zaliczam 4 przedmioty z siedmiu, wos zaliczony na 2. Nie wiem czemu, staram się, ale może moje definicje pani nie pasują. Nie wiem, najważniejsze, że zaliczone. Także po świętach zostają mi tylko dwa i do końca roku mam spokój, a po tym... idę na kolejną operację i pozbywam się zeza.
A TERAZ WRACAM. Na serio wracam, na tego drugiego bloga http://i-wanna-be-with-you-everywhere.blogspot.com/ też zamierzam, więc jak jeszcze nie znacie, to wpadnijcie, bo zdemotywował mnie brak komentarzy :// Więc zostawcie jakieś na obu. Będę wdzięczna i zmotywowana :*

NMBZW!

niedziela, 28 stycznia 2018

Rozdział 194


~~Padme Amidala~~

[Trzeci rok odwetu zygerriańskiego, Coruscant, Senat Galaktyczny]
       Odbywało się spotkanie Senatu, gdzie Padme dziwnie nie mogła usiedzieć w miejscu. Coś nie dawało jej spokoju, a Bail Organa dobrze to widział. Mimo wszystko, nie zamierzał pytać Amidalę. Wiedział, że ona i tak nie odpowie. Stała się mało ufna i nie chciała się dzielić swoim życiem prywatnym, choć kiedyś w Organie widziała szczerego przyjaciela. Tak naprawdę, nadal nim był, ale po prostu słowa nie przechodziły jej przez gardło i nie chciała zwierzać się z tego, jak jest jej trudno i jak wielką katorgą jest dla niej każdy kolejny dzień bez Anakina i świadomości, że jego życie mogło się już skończyć. Nie potrafiła pojąć tego, że jest sama, że tak po prostu skazała ją Moc i zabrała jej męża, jej nadzieję, jej szczęście. Kochała swoje dzieci, kochała je strasznie i życie by za nie oddała, ale ma je tylko dzięki jednej osobie - jej kochanemu mężu. Tak bardzo tęskniła.
       Przez większą część obrad nie była obecna myślami na sali. Zwyczajnie w świecie odpłynęła, bo miała świadomość, że tego dnia po prostu nic nie zdziała i nie opłaca się jej w ogóle odzywać, ponieważ to nie jej sprawa i nie ma zdania w tym temacie. Odbębniła tylko swój obowiązek, odpłynęła wspomnieniami zabijając czas do póki nie wróci do biura i nie napisze jednej z ustaw. Kiedyś, bardzo dużo rzeczy ją zajmowało i wręcz nie wyrabiała z napisaniem ich. Od trzech lat uwielbiała to robić - uwielbiała siedzieć w biurze do późna, ślęczeć nad komputerem i stukać w klawiaturę. Czasem udawało jej się dwie napisać, ale starała sobie nie zabierać pracy na kolejne dni. Byleby odciągnąć się od swojej krytycznej sytuacji w życiu.
      W pewnym momencie znowu się ocknęła i w samą porę, bo Kanclerz publicznie rozdawał zadania na tamtejszy dzień. Poczuła się bardzo wyróżniona, kiedy to jej przypadły jedne z najważniejszych ustaw. Potem miała już nadzieje na szybkie wyjście z posiedzenia i udania się do gabinetu, by rozplanować wszystkie zadania w czasie. W drodze powrotnej jej cały zapał spłynął, jak deszcz po rynnie. Usłyszała rozmowę dwóch senatorów, którzy... zawyrokowali śmierć jej męża. Nie wytrzymała i w swoim biurze wybuchnęła strasznym płaczem.
       Śmierć oznacza pustkę w jakieś części serca - w zależności od ważności osoby w naszym życiu. W pierwszym momencie, to wrażenie, jakby wszystko się skończyło. Dosłownie wszystko. To uczucie, w którym sami czujemy się martwi, a przecież to tylko koniec czasów, z daną osobą. Problem w tym, że świadomość tego przychodzi po paru sekundach. Lepiej jest sobie poradzić z odejściem kogoś, kto żyje niż ze śmiercią jakieś osoby. Dlatego Padme tak wszystko dobrze znosiła. Rozstanie nie oznacza utraty kogoś na zawsze, to po prostu pewne zmiany, które przekładają się na dobre lub złe sprawy do naprawienia. Typowe rozstanie nie oznacza utracenia wszystkiego i brak perspektyw na lepsze jutro czy kompletna klapa na rozwój, spóźnionym na przeprosiny i żałowaniem wszystkich złych rzeczy. Słowa polityków coraz częściej i głośniej rozbrzmiewały w czaszce Amidali, co sprawiało tak straszny ból i pokrzywdzenie na psychice. 3PO popatrzył na nią i wydał z siebie dźwięk smutku, ale odpuścił sobie pocieszanie jej. Była mu wdzięczna, choć miała go po prostu dość. Nie dlatego, że przypominał jej o jego stwórcy - 3PO to nie ten sam 3PO. Stał się bardziej rozgarnięty, cichy i rozważny, a ona tak tęskniła za tym niesfornym droidem, dziełem jej kochanego męża. Ta rzeczywistość ją krzywdziła bardziej niż cokolwiek innego.
____________________________________________
Zapomniałam xD Ogółem jestem chora. Na krztuśca prawdopodobnie :o Postaram się nadrobić zaległości :P

NMBZW!

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Rozdział 193


[Dantooine, siedziba Zygerrian]
       - Pozwoliliście im uciec?! - krzyknął Kabar. Wódz ten trzymał w swojej niewoli TYLKO i wyłącznie byłych niewolników, bez względu na to jak się uwolnili. Wielki koszmar prześladował go ostatnie lata w postaci zabójcy jego rodziny. Jak się okazało, sprawca to jego dawny niewolnik. Od tamtej pory przyrzekł sobie, że wybije wszystkich, ale najpierw zacznie okrutne tortury. Służba w wojsku i konflikt zbrojny z Jedi ułatwił mu pracę. Mógł pozyskiwać Rycerzy Jedi, którzy zostali uwolnieni przez Zakon. I tak, o to w jego łapki trafił... Anakin Skywalker, sławetny Bohater Republiki, o którym słuch zaginął. A teraz miał powrócić... przez bandę kretynów, nieumiejących upilnować więzienia przed mistycznymi zabobonami, mimo że zostali świetnie przeszkoleni! Gdzie Zygerria popełniła błąd?!
       - Dowódco, to było tak silne... - tłumaczył się żołnierz.
       - Nie gadaj mi tu farmazonów. Byli osłabieni przez trzyletnie tortury!
       - Panie - odezwał się inny.
       - Czego?!
       - Mógłbym się wtrącić? - spytał.
       - Już to zrobiłeś - prychnął Kabar.
       - O Skywalkerze chodzą plotki, że jest jakimś wybrańcem...
       - Nie obchodzą mnie zabobony Jedi! Macie ich znaleźć, zanim wrócą do stolicy! - rozkazał.
       Patrzył na swoich żołnierzy, a w jego głowie pojawił się mroczny plan, na który nie wpadł od razu. Czemu więc? Przecież to takie proste! No, ale się nie przyzna, że nie zorientował się od razu, ale z drugiej strony... zawsze to mogły być jakieś przekręty Jedi. Kabar nie jest głupi, wszystkie alternatywy brał pod uwagę. Z racji tego, że uważał się za geniusza, a inni podzielali jego opinie, to z byle jakiego powodu nie mógł sobie od tak nie wpaść na strasznie prosty pomysł.
       - Wyślijcie zwiad na Coruscant. Zaatakujemy Padme Amidalę i jej najkochańsze dzieci Jedi.
[Coruscant]
       W Świątyni Jedi trwała jedna z pór obiadowych, podczas których Ahsoka wraz z Wysy pilnowała dzieci Skywalker. Małe brzdące, mimo że potrafiły trzymać samodzielnie widelec - ogółem potrafiły o wiele więcej niż przeciętne trzyletnie dzieci - to strasznie się wygłupiały używając Mocy. Rozumieją, że im nie wolno, ale zakazy idą na marne. Po prostu czysty ojciec. Ahsoka jakoś radziła sobie z opieką tej dwójki i doskonale wiedziała, że gdyby miała możliwość założenia rodziny, to nie skorzystałaby. Nawet cieszyła się, że dano jej możliwość do zobaczenia jak to jest z obojgiem dzieci. Co jak co, ale wrażliwe na Moc to już jest szczyt możliwości. Osobiście, podziwiała Padme, że pomimo tego, iż Anakin zaginął, to i tak trzymała się w rydzach i działała w Senacie tak wspaniale, jak tylko potrafiła.
       - Leia, nie rzucaj mięsem - poprosiła togrutanka. Szczerze powiedziawszy, patrząc na bliźnięta zaczynała się czuć jak czternastolatka, która dostała w misji odbicie dzieci Mocy z rąk Sitha. Jak się potem okazało, Palpatine'a. Mając dwadzieścia lat na karku, czuła, że nie jest gotowa do dorosłości, między innymi dlatego, że Obi-Wan nie wykazywał się inicjatywą mianowania jej na Rycerza Jedi. Ba! Na zebraniach Rady Jedi nawet nie poruszano tematu. Cóż, może to nawet dobrze. Mimo iż wiedziała, że to głupie, jej, jak na razie, nieosiągalnym marzeniem stało się, aby to Anakin skończył jej szkolenie, nie Obi-Wan. Więc czy faktycznie chce wkroczyć w dorosłe życie za pozwoleniem Kenobiego?
       - A wydawałoby się, że zmęczyli się tym treningiem. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do innych mają o wiele lżej - zauważyła różowo-włosa.
       - Taa. Założę się, że jeśli byśmy im teraz zaproponowały trening to by się od razu rozleniwili - zaśmiała się Tano. - To dziwne - zauważyła po chwili.
       - To znaczy? Co masz na myśli? - zainteresowała się młodsza.
      - Same jesteśmy padawankami, jesteśmy często leniwe, ale krytykujemy młodszych. Stałyśmy się zrzędami. Jak Mistrzowie. To przerażające - zażartowała starsza.
       - Zdecydowanie - zaśmiała się druga.
__________________________________________
No cześć!
Co mam wam powiedzieć? Że na początku grudnia dostałam w tyłek i potem zamknęłam się jako tako w sobie? Zamknęłam rozdział w swoim życiu, od poniedziałku jestem w nowej szkole, no, a od wtorku zapalenie gardła i tchawicy, he. Jestem mega pozytywna teraz, co było w tamtym roku, zostało w tamtym roku. Po prostu, łatwiej mi te najgorsze chwile było pożegnał z całym rokiem niż oddalić chwilami. Grudzień to miesiąc przygotowywania się psychicznego do tego co ma nadejść, do pustej kartki. Jakie kredki ją zamalują? Takie, jakie mi życie przyniesie.  Na razie jest u mnie dobrze, jestem pozytywna, otwarta, bardziej obojętna na te nieważne, przykre rzeczy. Cieszę się z tego, co mam i co miałam.
WRACAM DO WAS! Pokażcie, że jesteście! <3

NMBZW!

niedziela, 3 grudnia 2017

Rozdział 192


[Koniec trzeciego roki odwetu Zygerriańskiego, Coruscant]
       Na Planecie-mieście nie zmieniło się jakoś wiele, ale każda ta niewielka zmiana, miała naprawdę ogromny wpływ. Co roku świętowano zakończenie wojen klonów. Oczywiście nigdy Republika nie przypisała sobie zwycięstwa, bo wyszło, że to Zygerria stała za wyłączeniem i zlikwidowaniem wszystkich fabryk droidów, jak i pozbycie się ze świata żywych przedstawicieli Separatystów. Oczywiście, społeczeństwo wiedziało swoje. Miało w wojnie klonów swoich bohaterów - Jedi, jak i klony, a wśród nich najwięksi - 212 Batalion Szturmowy z Obi-Wanem Kenobim na czele oraz Legion 501 pod dowództwem Anakina Skywalkera... Anakina Skywalkera, po którym ślad kompletnie zaginął. Kiedy Świątynia Jedi postanowiła ogłosić zaginięcie Anakina, Republikanie oszaleli. Postawili prowizoryczny pomnik, gdzieś na placu. Niektórzy sądzili, że to głupota, ale władze nie zareagowały. Kanclerz pozwolił sobie wygłosić komentarz, że póki nie otrzyma wiadomości, że Skywalker nie żyje, nie zamierza uwiecznić pomnika na stałe.
       Padme chodziła patrzeć na pomnik praktycznie co trzeci dzień. Stała w cieniu zakapturzona i ze smutkiem patrzyła na ten symbol straty nadziei. Mieszkańcy Coruscant nie mieli pojęcia, że przypisali mu śmierć. Gdyby naprawdę wierzyli, że wróci nie zrobiliby cząstki zabobonu. Zamierzali się modlić? Czy upamiętnić? Nikt nie mówił, że to na część jego działań wojennych, więc praktycznie stwierdzili, że nie żyje. Tę opinię zachowała dla siebie - to jak i swoje dzieci. Pokazywała się z nimi tylko w Świątyni. Nie pozwalała na jakieś wielkie szkolenie, ale oddała w dobre ręce na parę godzin w wyznaczonych dniach, aby opanować nieuchronne wybryki Mocą. Choć to już czas na to, aby wstąpiły do Zakonu, pozostawiła decyzję ojcu... de facto, zaginionemu w akcji. W każdym razie, wiedziała, że to jest jeden z tych wyjątków, gdzie decyzję podejmie tylko jedno z nich, a nie razem. Skywalkerowi ciężko było zostawić matkę, to on musiałby ustalić zasady szkolenia swoich dzieci. Jeśli wróci, nie chciałby znowu ich stracić. Jeśli wróci...
       Ahsoka była dla Padme kimś, kto pilnuje jej życia przy zdrowych zmysłach. Zawsze pomoże. Swoje wolne chwile spędza u niej w mieszkaniu, nawet noce. W Świątyni Jedi bywa jako gość. Obi-Wan nawet nie reaguje. Ona nawet nie pyta, czy może wyjść, czy może spać u Amidali. Po prostu on już wie, gdzie Tano się znajduje. Nie ma obaw do zmartwień. Sam nawet często odwiedza Padme. Bawi się z dziećmi, najbardziej z Lukiem. Strasznie przypadli sobie do gustu. Młody mówi pieszczotliwie do niego "Ben".
       Rola Obi-Wana i Ahsoki w odwecie zygerriańskim nie była jakaś wielka. Zwłaszcza Ahsoki, która miała w sobie nadajnik niewolnika wpięty na Zygerrii podczas misji w celu uwolnienia Tugrutan z Kiros. Obi-Wan próbował w tym wszystkim znaleźć Anakina. Nie dało się go wyczuć w Mocy. Nigdy w życiu nie sądził, że będzie mu trudno wyczuć tak silne emanowanie, zwłaszcza po tym, jak wielką więź nawiązali ze Skywalkerem. To wręcz awykonalne, a jednak Zygerrii się udało... choć, coraz częściej Kenobi obwiał się, że jego były padawan coś kombinuje i sam to powoduje, ale z drugiej strony - czemu miałby to robić?
       Ahsoka biła się ze sobą w myślach. Po odejściu Barriss wiele rzeczy stało się po prostu pusto, wszędzie widziała wspomnienia, a spędziła z nią najlepsze, ostatnie pół roku wojny. Zrobiłaby wszystko, żeby chociaż się z nią połączyć, bo wiedziała, że jest taka możliwość, że na pewno gdyby chciała, to by to zrobiła. Ale z dziwnego powodu, nie daje znać, od trzech lat. Co złego zrobiła Tano? Głupie pytanie, zostawiła ją. Zostawiła swoją najlepszą przyjaciółkę. Ale nie z własnej woli. Nie panowała nad sobą. Ba! Jej ciało zostało jej odebrane. Jak więc miała nawiązać dawny kontakt z Offee? Przeklęty Qui-Gon, przeklęta Córka, przeklęci władcy Mocy.
       To jeszcze nie koniec...
_______________________________________
PRZEPRASZAM!
W tamtym tygodniu otrzymałam decyzję - dostałam się! Zmieniam szkołę... w styczniu. Na razie moje życie to jeszcze jedna klapa jeśli chodzi o czas wolny, zwłaszcza, że odbudowuję swoje życie towarzyskie :) Nie żebym was zaniedbywała przez to, ale sam brak weny też mi nie pozwala na pisanie rozdziałów. Kiedy wracałam po szkole - czekałam na decyzję. Teraz po praktykach - nie chciało mi się nic ze zmęczenia, więc szłam się zrelaksować ze swoją paczką spędzając z nimi czas.
Czujecie świąteczny klimat? Postaram się napisać one-shota :)

NMBZW!