środa, 12 grudnia 2018

Rozdział 229


~~Ahsoka Tano~~

[Piąty rok odwetu zygerriańskiego, Coruscant]
      Ahsoka zdecydowanie była jedną z osób, u której w oczach można było wyczytać dosłownie wszystkie emocje kryjące się nawet głęboko w niej, ale to trzeba się naprawdę przypatrzeć. W każdym razie, jeśli miała miejsce taka sytuacja lub chciała, aby jej mroczna strona wyszła na zewnątrz, to nie potrzebowała słów - sam wzrok wyrażał wszystko.
       Zamach na dzieci jej mistrza - które każdego dnia, od momentu swoich urodzin, są również jej podopiecznymi, zajmuje się nimi jak własnym rodzeństwem, jak niegdyś Ashlą - to kompletna przesada. Fakt, nie potraktuje Kabara tak źle jak na pewno zrobi to Anakin, ale zdecydowanie da zygerrianowi powód do strachu.
       - Myślałem, że Świątynia Jedi jest lepiej strzeżona - wyznał Lux.
      - Wiem, że to nie fair w stosunku do Repubiki, ale nikt nie może się dowiedzieć o tym. Pomyśl jakby społeczeństwo zareagowało na taki obrót spraw. Zygerrianie wykorzystali naszą słabość po wojnach klonów, a teraz zamach. Jeszcze na dwójkę dzieci, które wszyscy staramy się ochronić przed publicznymi atakami ze strony holonetu. Pomyśl jaką burze by to wywołało - odpowiedziała Ahsoka.
       - Hej, nie powiem nikomu. Możesz mi zaufać. Poza tym, senator Amidala zawsze starała się dobrze dla obu stron, nieważne, że Separatyści byli wrogami. Otoczyła mnie zrozumieniem, chciała, aby wszystko zakończyło się pokojem. Nie mógłbym narazić jej dzieci na taką sytuację. Kiedy moja mama zginęła, to Padme starała się, abym został jak najlepiej odebrany, a nie jako osierocony syn kobiety oskarżonej o spiski - przyznał Bonteri.
       - Lux, jesteś dobrym człowiekiem. Twoja mama również nim była. Takie są realia wojny. Jesteś na dobrym miejscu, podejmujesz dobre decyzje. Na tę chwilę. Jeśli zmienić swoje zdanie, zrozumiem to. Jesteś młody. Mimo wszystko, cieszę się, że mogę ci zaufać, że mogę powierzyć sekrety tak dojrzałej osobie, jak ty. Dziękuję. Mama byłaby z ciebie dumna - powiedziała Tano.
       - Tak, jak z ciebie mistrz. Znaczy, jest. I to nie dla tego, że bronisz jego dzieci, ale robisz to, co Jedi powinni robić. Zasługujesz na miano Rycerza Jedi. Wiem, że go nie chcesz, że odmówiłaś, bo nie czujesz się pewnie i to jest bardzo złe, ale chcę, żebyś znała moją opinię. Poza tym, Ahsoka... nie oszukujmy się. Ty po prostu masz miano padawana, ale nie jesteś nim i nie zachowujesz się, jak uczeń. Nie jesteś tą osobą, co byłaś kiedyś. Ty tego nie widzisz, ale my widzimy. - Lux spojrzał na nią łagodnie. W jego oczach biła miłość, której wielkości padawanka nie potrafiła określić.
       Lux miał rację, ale nie wiedział, że w jakiś sposób czuła się uzależniona od Anakina. To nie toksyczna relacja, lecz siły, o której nikt prócz niej, jej mistrza oraz Obi-Wana nie wiedział, nie potrafił określić jej potęgi. Nikt nie miał pojęcia co się działo w Ahsoce pod koniec wojen klonów, ile przeszła, jak wiele osobowości przemknęło przez jej duszę. Z czym musiała się zmierzyć w momencie śmierci Plo Koona oraz Barriss. Wszystko to, przez jedną osobę - Anakina Skywalkera. Najwyraźniej tak musiało być: możliwe, że nie bez powodu została jego uczniem, istniał poważny cel, że znalazła się razem z nimi na Mortis.
       Teraz zdała sobie sprawę z tego, iż nie bez powodu w kodeksie znalazł się wers "Nie ma namiętności - jest pogoda ducha". Wiele razy twierdziła, że rozumiała Anakina i Padme, to, jakie uczucie ich łączy i uważała je za zupełnie normalne, że Anakin po prostu miał dla kogo żyć, a każda żywa osoba ma swoje priorytety, ważne osoby, dla których ciągniemy naszą egzystencję aż do śmierci. Problem był w tym, że prócz Mocy we wszechświecie istnieje coś takiego jak "Miłość". Nigdy nie da się zdefiniować tego uczucia poprawnie, można jedynie wymienić pewne aspekty, snucia domysłu. Samej jej POTĘGI - nie. Jedną z cech tej siły, to fakt, że ukochana osoba i miłość do niej wyciągnie nas ze wszystkiego.
       Tym właśnie był dla niej Lux - trzeźwością.
      To dzięki niemu zrozumiała, że nie musi się poświęcać dla Anakina, że sobie wmawiała i była tak zaślepiona swoim zdaniem, co powodowało brak reakcji na prośby Padme, aby się nie przejmowała. Teraz Tano ma odświeżony umysł. Nie wróci do dawnych czasów, zmieniła się i tak już musi zostać. Cechy się ze sobą łącza, jeśli jedna nie potrafi się zmienić, to na inne jest mała szansa - wszystkie na siebie oddziałują. Pomimo tego, że stała się w jakimś stopniu nową osobą, a z każdym się tak dzieje na przestrzeni lat, to na pewno czuła, iż ponownie znalazła harmonię, osiągnęła względny spokój i pogodziła się z teraźniejszością. Ma walczyć w kolejnym konflikcie galaktycznym, więc to zrobi, ukształtuje to jej charakter i stanie się porządkiem dziennym.
       - Twoje słowa dużo dla mnie znaczą - odpowiedziała z uśmiechem. Podeszła do ogromnego okna w gabinecie Bonteriego. Podążył za nią wzrokiem, ale nie zbliżył się - stał cały czas obok swojego biurka i pozwolił Ahsoce pozostać sam na sam ze swoimi myślami.
       Tano groźnie wpatrywała się w miasto będące całą planetą. W galaktyce jest jedno miejsce, gdzie zbrodniarze ukrywają się przed wszystkim i niczym - Tatooine. Lecz to jest tak oczywista kryjówka, zwłaszcza, że jest tam siedem głównych miast i to przede wszystkim tam siedzą. "Najciemniej jest pod latarnią". Taką latarnią od zawsze było Coruscant - nie tylko ze względu na to, że w nocy emanowało pełno świateł. To tam zawsze, pod nosem panoszyli się zbrodniarze.
       Dlatego Jedi zostali do nich porównani podczas wojen klonów.
       Właśnie dlatego dla Ahsoki tak ważne były słowa Luksa i jego miłość. Nie czuła na sobie ciężaru złego charakteru tylko i wyłącznie przez to, że nikt nie doceniał jej poświęcenia dla dobra sprawy. Łatwiej jest zrobić z kogoś potwora niż docenić jego pracę.
       W głębi serca każdy ma w sobie potwora.
       Lux ma zbyt dobre serce.
       Lux może jest zbyt naiwny.
       Lux raczej za szybko ufa.
       Lux ma zły nawyk przywiązania się do osób, które mu pomogą.
       Lux jest zbyt niestabilny emocjonalnie.
       Lux za bardzo lubi wyolbrzymiać.
       Lux jeszcze nie wiedział jak okropnym potworem będzie dla niego Ahsoka.
_____________________________________WAŻNE!
One-shoty mają pozmieniane daty i numer. Jak coś, to zapraszam do spisu treści!
O-S #1 to O-S#2 i na odwrót!

NMBZW!

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Opowieść Wigilijna #2

PRZECZYTAJ MÓJ KOMENTARZ LUB POD KRESKĄ!

       Pustynny piasek przedarł się przez materiał lichych butów i drażnił jego skórę swoją strukturą oraz wysoką temperaturą spowodowaną nagrzaniem przez codziennie święcące słońce na niebie. Na Tatooine nigdy nie padał deszcze, nie widziano nawet śniegu - planeta nie bywała dobrym celem na wakacje czy urlop. Życiu codziennemu również nie sprzyjała, zwłaszcza jeśli twoje życie zależy od kogoś.
       Słońce leniwie kierowało się ku horyzontowi, co oznaczało bardziej porę popołudniową, niż zachód słońca towarzyszący wczesnym wieczorom. W każdym razie, godzina, na którą miał wrócić Anakin już dawno minęła, co nie umknie Watto. Na samo powitanie chłopiec pewnie dostanie ostrą reprymendę i na pewno jego właściciel przez najbliższe dni będzie obdarowywał. Zawsze w takich momentach gdzieś z tyłu siedziało mu, że nadajnik w ciele wybuchnie za nieposłuszeństwo, ale z drugiej strony, Anni jak i jego matka nie potrafiliby uciec, a Watto to wyjątkowo dobry pan. Skywalker to mały chłopiec, ale niezwykle zdolny i bystry. Mimo wszystko, nigdy nie wpadłby mu pomysł aby zwiać - to samobójstwo. Toydarianin zawsze wiedział, że jeżeli niewolnik się nie pojawił, to coś się stało.
       Tak.
      Został okradziony i błąkał się przez pustynię nie do końca wiedzieć co zrobić. Oddalił się za daleko i trochę pogubił orientację w terenie. Kiedy dotarł na wydmę, z której ujrzał osadę, Mos Espę, w której mieszkał, kamień spadł mu z serca. Od razu poczuł w swoim ciele adrenalinę i zbiegł ze wzniesienia, co spowodowało dalszy rozpęd. W ciągu półgodziny dotarł do sklepu Watto.
       - Bona nai kaczu!* - wydarł się właściciel sklepu. - Kuuna tii-yoky malaja?!**
       - Muucza*** - odpowiedział Skywalker.
       - Puszii uampa**** - nakazał.
       Anakin czuł się źle. Pozwolił obrabować się tym małym, głupkowatym istotom, jakimi są Jawy. Nie miał nawet jak się obronić, napadły go w grupie, przytrzymały, zabrały złom i uciekły. Ci, którzy go obezwładnili, ogłuszyły go na chwilkę i zaczęły biec ostatnie. Były szybsze niż chłopiec przypuszczał i dodatkowo miał pewne opóźnienie. Watto miał nieźle przechlapane bo towar nie przybył na czas do klienta. Będzie musiał to rozwiązać inaczej.
       - Annie! Martwiłam się - wykrzyczała na jego widok matka, gdy wszedł wycieńczony i brudny do domu.

    Skywalker obudził się cały zalany potem. Miał wizję przeszłości. To na pewno nie sen, niemożliwe. Jedi nie doświadczali obrazów podczas nieprzytomności. To wytwór wyobraźni, a oni nie mogli tego robić. Jeśli coś widzieli, to tylko dlatego, że Moc tak chciała, bo musiała im coś przekazać.
       - I wysłała mnie - powiedział jego własny głos. Przed nim stała jego podobizna w postaci ducha, wypisz wymaluj.
       - Coo... - chciał zapytać.
      - Padme cię nie usłyszy. To była twoja przeszłość. Zabiorę cię teraz w twój świat teraźniejszy, żebyś zobaczył siebie z perspektywy trzeciej osoby. Żebyś wyciągnął wnioski.
       - W przyszłość też? - zapytał Anakin.
       - Nie. Nie mogę zabrać cię w przyszłość. To zbyt ryzykowne - odparł drugi on.
       - A nie możesz chociaż mi powiedzieć, co się stanie? Wolałbym się jakoś zabezpieczyć.
       (Pozwolę sobie wtrącić - koleś, masz bliźnięta! Trochę za późno na to!/Kiwi)
       - Nie - odmówił duch. - W drogę.
       Obraz się zmienił.
       Jego oczom ukazał się ranek, kiedy to spał spokojnie w sypialni apartamentu senator Amidali. Nie miał żadnych obowiązków, dlatego mógł sobie pozwolić na długi odpoczynek. Tsa, "mógł". Jego dzieci miały zupełnie inne plany, więc, gdy tylko obudziły się nad ranem, tuż przed śniadaniem, to wbiegły do pokoju, wskoczyły na łóżko i zaczęły go budzić. Padme dawno wstała, żeby nadzorować prace w swoim apartamencie.
       - Tato, obudź się! - krzyczał Luke potrząsając ojcem, żeby się w końcu otworzył oczy i tak też się stało. Tuż przed nim pojawiła się Leia z misiem. Rodzeństwo zostało ubrane w pajacyki, chłopiec w granatowy, a dziewczynka w czerwony. Prócz tego, na materiale widniały atrybuty świąteczne.
       - Już, już! - zgodził się Anakin i podniósł do pozycji siedzącej. - Lećcie do kuchni, ja się ubiorę.
       Dzieci posłusznie wykonały polecenie. Skywalkerowi chwilę zajęło oprzytomnienie. Zaraz potem wyruszył do odświeżacza umyć zęby i przemyć twarz, a następnie wyruszył do kuchni, by dołączyć do dzieci by skonsumować śniadanie.
       - Czemu mi to pokazujesz? - zastanowił się rycerz Jedi.
       - Porównaj te dwie sceny - polecił mu duch.
     - Ta jest typowo świąteczna, a tamta była zwykłym dniem jako niewolnik. To oczywiste - stwierdził.
      - Z matką nie obchodziłeś świąt. Pracowałeś całymi dniami, miałeś tylko ją. Ale to twoja rodzina. Teraz masz dzieci, żonę, ale nie masz matki. Najważniejsze, że masz rodzinę. Nie mówię ci tego po to, aby pokazać, jakie masz braki w życiu, tylko żebyś doceniał życie i niczego nie żałował. Matki już nie ma, nawet gdybyś z nią żył, nie udało by ci się jej uratować...
       - Nieprawda! - wybuchnął Anakin. - Nie waż się tak mówić.
     - Niczego jeszcze nie pojąłeś? Jestem tobą, wziąłem się z ciebie i z twoich najodleglejszych czeluści umysłu i duszy. Nie potrafisz sobie tego przyznać. Nie byłbyś Jedi, nie panowałbyś na tym i przyniósłbyś jeszcze większe zło. Sęk w tym, że nie potrafisz zaakceptować w pełni siebie. Bo potrafisz być obiektywny, ale nie chcesz. Odpędzasz od siebie "Co by było gdyby". Musisz cieszyć się z teraźniejszości, doceniać to co masz, nie rozpamiętywać tego, co straciłeś, ale mieć świadomość, że to się zdarzyło i cię ukształtowało. Matka cały czas z tobą jest.
       - Czemu nie pojawiła się zamiast ciebie? Mam cię dość - odpowiedział Skywalker.
       - Bo czasem nikt nie jest w stanie ze sobą wytrzymać.
       - Może i tak. To wszystko?
       - Zaakceptuj moje pojawienie się i rozmyślaj nad tym, bo może być potem za późno - ostrzegł duch.
       I zniknął, a Anakin pojawił się z powrotem obok śpiącej Padme. Stwierdził, że to jakiś żart, ale cały czas w jego głowie rozbrzmiewały ostatnie słowa zjawy. Nie chciał go lekceważyć, coś podkusiło go, aby w to wierzyć i przemyśleć. Dlatego też nie przespał reszty nocy.
       Nie potrafił zmrużyć oczu, zastanawiał się nad tym, co zdarzyło się w jego życiu, jak wiele się zmieniło, jaką metamorfozę przybrało określenie "rodzina". Równie dobrze mógł uznać dwie, a nawet trzy. Jedna to przecież cały Zakon, drugą Padme, dzieci, Obi-Wan i Ahsoka, a trzecią to żona wraz bliźniętami.
       Do ranka Skywalker nie zmrużył oka, a gdy Padme się zbudziła, stwierdził, że uda, iż też to zrobił. W dniu wigilii czuł się zagubiony zaistniałą sytuacją. Powoli zaczynał dochodzić do wniosku, że wszystko to, to jakieś halucynacje, ale z drugiej strony - czy Moc mogłaby pozwolić na taką kolej rzeczy?
       - Tatooo... - zagadnęła Leia. - Kiedy pójdziemy do Świątyni?
       - Za godzinę. Trzeba pomóc Ahsoce i choinkę trzeba do końca udekorować.
       - Mogę dać gwiazdę na czubek? - poprosiła dziewczynka.
      - Tak. Razem z Luke'm to robicie. Pokażecie swoje umiejętności. Tylko nie potłuczcie jak nasze bombki - ostrzegł.
       - To wina Lei! - oskarżył brat.
       - Nieprawda! - odkrzyknęła córka.
       - To wasza wina - postanowił Anakin.
       - Najważniejsze, że kolejne już dobrze powisieli - wtrąciła Padme.
_________________________________________
*Wpadłeś w tarapaty!
**Czemu to trwało tak długo?
***Kraść/Okradziono mnie
****Zejdź mi z oczu lub drogi/odejdź

Ze względu, że opublikowałam w szkole, to strasznie się pomieszało. Miała być zupełnie inna postać, ale opublikuję w poniedziałek ten co miał być dziś i pozmieniam w środę, tuż przed rozdziałem, numerację oraz datę publikacji

NMBZW!

niedziela, 9 grudnia 2018

Rozdział 228


~~Obi-Wan Kenobi~~

[Piąty rok odwetu zygerriańskiego, atmosfera Endor]
      Pomimo ciągłych prób zakłócania zasięgu, Obi-Wan dostał wiadomość ze Świątyni, że próbowano zabić bliźnięta. O ile przed Anakinem dałoby się to jakoś ukryć do momentu, kiedy wylądują na planecie, żeby był jakoś uspokojony i nie kierował się cały czas złością, to Kenobiemu nie uda się go uchronić przed prawdą. Padme stała na mostku kiedy starszy Jedi odczytywał wiadomość wywołującą na jego twarzy ogromne zmartwienie. Amidala położyła dłoń na klatce piersiowej, gdzie czuła bicie swojego serca. Widział w jej oczach rozpacz spowodowaną wizją, że ktoś mógłby jej odebrać ukochane dzieci.
       Kiedy pomimo trudności udało się rozgromić siły Zygerrii i dać do zrozumienia, że teraz Republika przez pewien czas będzie mieć przewagę w tej potyczce, Anakin wraz z eskadrą wrócił na krążownik. Obi-Wanowi nie udało się powstrzymać Padme, która od razu wyruszyła do hangaru. Kenobi poszedł za nią, żeby od razu złagodzić sytuację.
       - Został zatrzymany. Jest w więzieniu.
     - I co mi z tego? - zapytał zdenerwowany Anakin. Obi-Wan dawno nie widział u swojego przyjaciela takiej złości.
      - Posiedzi tam dłużej niż trzy lata, jak ty u niego. Zgnije do końca życia, tak, jak planował to zrobić tobie - uświadomił go straszy Jedi.
       - I rozmówię się z nim, tak, jak on ze mną? - zaproponował Skywalker.
       - Nie. Tak nie - zabronił Mistrz Jedi.
       - Szkoda.
       - Annie, jesteś Jedi - wtrąciła Padme.
       - Tak. Ojcem też - odparł młodszy Jedi.
    - Nie usprawiedliwiaj się tak słabym argumentem. Szykuj się na ofensywę. Zygerrianie z powierzchni planety wiedzą, że tu jesteśmy, ale nie wiedzą, gdzie i kiedy wylądujemy. Kanonierki są gotowe. Im szybciej tam dolecimy, tym bardziej im zaskoczymy. Wsiadajcie - kazał Obi-Wan.
       W ciągu pięciu minut wszyscy zdążyli zapakować się do transporterów, a krążowniki pokonały znaczną odległość, która dzieliła ich od planety. Admirał Yularen wydał polecenie startu. Wrota hangaru otworzyły się. Wyleciały dwie kanonierki. W jednej znajdowali się żołnierze Legionu 501 Anakin i Padme wraz z 3PO oraz R2 - ten duet razem był niepokonany - a w drugiej Obi-Wan z 212 Batalionem Szturmowym.
       - Wypuścimy was tuż nad drzewami, zaraz przy krawędzi ich zasięgu - przekazał pilot.
       - Doskonale - zgodził się Obi-Wan.

       Kenobi stwierdził, że to zabawne, iż podczas tak ważnej misji, gdzie nie obejdzie się bez trupów dostał w pakiecie uspokajające dźwięki natury. Nie wierzył w coś takiego jak uspokajające szumy liści czy inne bzdety. Praca flory świadczyła o pewnej harmonii, która pomagała w głębszej medytacji. Nie dlatego, że wyciszała, tylko udowadniała o istnieniu życia zwierząt i roślin, czyli wszystko to, co wspomaga Moc. Jako Jedi nie wierzył w przeróżne techniki osób posiadających mniej niż pięć tysięcy midichlorianów. Ci natomiast szkalowali sposób życia wrażliwych nach Moc. Rachunki się wyrównywały.
       - Cóż za uspokajająca sesja - zażartował komandor Cody.
    Jedyną z cech, które Obi-Wan podziwiał i nawet był za to wdzięczny, to brak u klonów wrażliwości na różne wymysły galaktyki. Nie brali nawet pod uwagę tej Mocy wspomagającej Jedi, ale to nie znaczy, że nie doceniali zdania "Niech Moc będzie z wami". Niektórzy nawet zaczęli się tym posługiwać, tylko dlatego, że szanowali swoich dowódców i skoro im to pomagało, to dlaczego by nie wspierać ich tą formułką? W każdym razie, klony jedyne co przyjmowały do świadomości to "Powodzenie" - albo coś się uda, albo nie. Albo przeżyją, albo zginą. Mimo wszystko, bardziej opiekuńczym Jedi rozdzierało to serce. Żołnierze armii Republiki to istoty z krwi i kości stworzone do walki - jak zakładano najpierw - z droidami. Mają własne umysły, wolę, mogą decydować o swoim życiu, a tego nie robią. Bo nie widzą sensu, bo zostali stworzeni by ginąc, aby inni mogli żyć.
       Ale Obi-Wan zawsze cierpiał za każdym razem, kiedy słyszał lub czytał statystyki dotyczące śmierci klonów.
       - Generale, też pana to uspokaja? - zapytał jeden z żołnierzy.
       - Nie. To jeden z aspektów, w którym mam taki sam pogląd jak wy - odpowiedział Jedi.
       - Aż dziwne. W jego wieku dziadkowie widzą w tym cudowny spokój - stwierdził Anakin.
       - Nieśmieszne. Rozumiem, że jesteś zły, ale to tobie przydałoby ci się uspokoić. No, patrz, akurat masz do tego szumy i ćwierkanie ptaków. Wsłuchaj się - odgryzł się Kenobi.
       - Mam ochotę wrócić na Coruscant - przyznał Skywalker.
     - Są bezpieczne. Ahsoka się nim zajmie. Wykonajmy misję, potem będziemy się tym przejmować - wtrąciła Padme.
       - Pomogę panu go przesłuchać, generale - zaoferował się kapitan Appo.
       - Skorzystam z propozycji - podziękował Anakin. - A teraz dzielimy się na grupy. Ja, senator i Legion 501 wyruszamy do najbliższej wioski. Wy rozbrajacie posterunki, a potem robimy wspólny atak na główną kwaterę. Będziemy mieć ograniczony kontakt. Dajemy sobie pięć dni na to. Tyle powinny nam zająć negocjacje. R2, pomożesz Obi-Wanowi. C-3PO, idziesz z nami jako tłumacz. Zostaniesz potem w ostatniej wiosce, w której spotkamy się z Obi-Wanem. R2 też. Wyruszamy. Niech Moc będzie z Wami - życzył Anakin i ruszył.
      - I z Wami - odpowiedział starszy Jedi. Dalej patrzył na tył Anakina. Dziwne uczucie nie opuszczało go od momentu, kiedy jego były padawan zaczął powtarzał plan. Kenobiego przeszedł dreszcz niepewności. Miał przed sobą dorosłego mężczyznę, odważnego Jedi i osobę, które zdecydowanie posiadała to, co chciała. Obi-Wan często pluł sobie w twarz przez niesprawiedliwość życia zmuszającej do podejmowania decyzji, nie zawsze słusznych i zaburzających zaufanie. Właśnie dlatego mistrz Jedi stał niepewny.
       Włożył wiele wysiłku w to, aby jak najlepiej spełnić prośbę Qui-Gona, lecz przez wiele lat zbierał same zażalenia Anakina, o tym, że czuje się niesprawiedliwie traktowany. Często z powodu niereformowalnego zachowania młodego ucznia, ale Obi-Wan był w pełni świadomi, iż czasem łamie serce padawanowi. Zawsze miał nadzieje, że Skywalker doceni to, że jego mistrz zawsze starał się jak najlepiej. Tak też się stało. Oboje skoczyli by za sobą w ogień, oboje powierzają sobie wzajemnie to, co najważniejsze - własne życie. Lecz to Anakin dał najwięcej - dał życie swoich dzieci, a zwłaszcza swojego syna.
       Pomimo prób zachowania zimnej krwi, Obi-Wan pozwolił sobie na okazanie przed samym sobą przerażenia. W nocy mógłby stracić swojego nowego padawana. Swojego dawnego stracił wiele razy, choć odzyskiwał. Ale nie stracił nigdy na zawsze. Miał nadzieje, że skoro okazało się, że jego dziwne uczucie mogło dotyczyć Luke'a, to po tej informacji powinno minąć.
       Nie minęło.
       Najgorsze w tym wszystkim było tak, że od zawsze Moc go dręczyła uczuciem pewnej straty. Tak wiele stracił i za każdym razem miał nadzieje, że minie. Nigdy nie minęło.
       Nie chciał stracić żadnego życia, które leżało w jego rękach.
     Przywiązanie, to życie, kiedy żyje ukochana osoba. Przywiązanie, to śmierć własna gdy ginie ukochana osoba.
       Kto następny?
___________________________________________
Witam i humor pytam! Jak tam? Oceny wystawione?!

NMBZW!

piątek, 7 grudnia 2018

Opowieść Wigilijna #1

       Mistrz Yoda zmęczony przygotowaniami do świąt wrócił do swojej komnaty. Nadzorował tylko tyle, aby nic nie było przesadzone i Jedi mogli obchodzić święta w umiarkowaniu jakie wyznawali od początku istnienia Zakonu. Na za wiele ostatnio pozwalał, dlatego pragnął powrócić do dawnych tradycji. Przecież tak należy. To jego obowiązek.
       Na Coruscant już dawno zapadł zmierzch, a prace w messie powoli dobiegały końca. Wszystko zostawił pod nadzorem Ahsoki oraz Luminary. Stwierdził, że to dobry wybór, nawet Tano, pomimo pewnych opinii, naprawdę była osobą odpowiedzialną.
       Usiadł na łóżku aby następnie wsunąć się pod cienką kołderkę. Gimerową laskę położył obok posłania. Tak o to, próbując wyzbyć się uciążliwych myśli na temat sytuacji Zakonu i problemów z odwetem zygerriańskim, czekał na spokojny sen dla regeneracji ciała oraz duszy. Miał swoje lata - osiemset osiemdziesiąt dwa.

       - Odpoczynku dziś nie dostaniesz - usłyszał swój głos.
     Szybko się ocknął. Między szparami w roletach widział miliony przewijających się pojazdów, które w nocy pomagały drapaczom chmur utrzymać niezwykły efekt uwielbiany przez wielu podróżujących i stałych mieszkańców stolicy Republiki. Według Yody na sto procent było już po północy i nadszedł dzień wigilii. W momencie zalał się potem, nie potrafił określić co się stało. Wyostrzył wzrok i zobaczył lekko niebieską poświatę samego siebie. Widział go tak wyraźnie, jak zdarzało mu się doznać rozmowy z Qui-Gonem w tej samej postaci.
       Przeraził się. To znaczy, że nadszedł jego moment? Nie żyje? Przecież nie skupił się tak bardzo na żywej Mocy, jak zrobił to Jinn. Yoda skrupulatnie studiował te same nauki, co nieżyjący przyjaciel, ale wiedział, że jest niedostatecznie gotowy, aby umrzeć i potrafić pojawiać się jako duch Mocy.
       - Umrzeć nie umarłeś - uspokoił go duch. - Twoim umysłem jestem. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość pokazać mam ci.
       - Hmm... - zastanowił się "prawdziwy Yoda".
       Duch machnął ręką.
       - Do początków przenosimy się. Na wiele lat przed traktatem na Coruscant - poinformował drugi Yoda.
       - Cel jaki masz? - zaintrygował się Wielki Mistrz Zakonu.
     - Dawne tradycje pokazać ci. Jak bardzo pozwoliłeś zmienić zakon, niezbyt dobre skutki przyniosło. Dawną harmonię przywrócić chcesz, hmm? - zaśmiał się. - Z pomocą przybywam.

       W jednej chwili mistrz Yoda zjawił się na Tythonie. Doskonale znał tę faunę i florę między innymi z wielu hologramów znajdujących się w bazie archiwum świątyni. Najbardziej charakterystycznym obiektem była enklawa. Siedziba dawnych mistrzów Jedi.
       - Cztery tysiące lat wstecz cofnęliśmy się.
      - Wielka wojna galaktyczna... - opisał wydarzenia Yoda. Wojna pomiędzy Jedi a imperium Sithów zakończona traktatem na Coruscant niecałe trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt lat temu. Tak naprawdę galaktyka zaczęła liczyć czas od tego wydarzenia. Są wydarzenia przed i po tej wojnie.
       - Do początków istnienia cię nie zabiorę, ale wojna owa, ważna jest. Mimo wszystko, Jedi wierni swoim tradycjom oraz naukom zostali. Wielkiego i licznego przeciwnika mieli, a mimo to...
       - Źle zrobiłem - przyznał Yoda.
      - Nie. Zmiany po tej wojnie nadeszły. U ciebie też stać się to musiało. Wierni nadal jesteście. Problem tkwi w zasad łamaniu.
       - Nie ma pasji - jest pogoda ducha - zacytował.
       - Właśnie. Pozwoliłeś na to. Wrócić do tradycji musisz. Pomimo zmian, Zakon musi trzymać się. Zasady... bez nich nie istnieje nic. Dawną świetność udowodnić musisz. Wojny klonów nie zmieniły tego. Rakatan Imperium zwalczyliście, odwet zygerrian też zdołacie. Wrócić do dawnych tradycji musisz.

       Pojawili się w messie świątynnej. Wszystkie ozdoby zostały powieszone. Nie było przepychu, wszystko z umiarem. To jeden z dowodów, że Yoda się starał i miał nadzieje, że jego... kopia to zrozumie. Święta miały charakter celebrowania narodzin Ashli - Mocy, którą czcili niegdyś Lasatowie. Moc zawsze istniała. Wiele musiano przejść, żeby przedstawiciele wrażliwych na Moc z paru układów się połączyli i założyli Zakon Jedi.
       - Nowy zwyczaj wprowadziłeś. Harmonię zachowałeś. Trzymać tak powinieneś dalej.
       - Wskazówki mi dasz?
      - Tobą jestem. Pomyśleć głębiej musisz swoje pomysły wykorzystywać. W życie wprowadzić. Czekać nie powinieneś. Póki możesz szybko to naprawić, zrób to. Następca twój kontynuować będzie.
       - Windu... - stwierdził Yoda.
       - Swoich podopiecznych pilnuj. Stawią czoła niezwykłemu zamieszaniu. -Zniknął.
       Yoda został sam i wrócił na swoje łóżko. Stał na nim, a kołdra nadal była ułożona w nieładzie po jego nagłym przebudzeniu. Nie potrafił racjonalnie myśleć o tym, co się stało i w jaką podróż wyruszył. Dało mu to do myślenia. Musiał zacząć reformy do powrotu starych tradycji, natychmiast póki nie jest za późno. Windu mu pomoże. Jakiekolwiek zamieszanie, które ma nastąpić, nie złamie Zakonu. Pokażą, że walczą o to razem.
       Właśnie - walka.
      To przez konflikty ciągnące się w nieskończoność, Jedi stracili w oczach innych. Prawda jest taka, że wewnętrzne konflikty przelewali na pole bitew. To nie wojny klonów ich złamały, stało się to w momencie, kiedy pojawił się Sidious oraz Darth Maul, na Naboo. Po tych wydarzeniach Zakon zmienił się w chaos. Wieczne szukanie, strach co może się zdarzyć, jakie konsekwencje przyniesie fakt pojawienia się nowych przeciwników oraz odejście Dooku. Wszystko ma swoje korzenie w Mocy - wszystko. Gdyby nie ciemna strona Mocy, wojny klonów nigdy by nie nastąpiły, ani reszta innych sporów.
       Moc jest wszechobecna.
       Moc jest nieuchwytna.
       Może uda ją się w te święta okiełznać?
__________________________________________
Jak zostały dodane komentarze, to poszłam spać, więc lekka obsuwa

NMBZW!

środa, 5 grudnia 2018

Rozdział 227


[Piąty rok odwetu zygerriańskiego, Coruscant, Świątynia Jedi, północ czasu standardowego]
       O dziwo lądowanie na Coruscant nie było wcale takie trudne. Bardzo szybko uzyskali zgodę, więc cały plan na pewno w jakimś stopniu się uda, a co do osiągnięcia zamierzonego celu, nie wszystko zdawało się wykonalne, pomimo że Kabar osobiście chciał załatwić tę misję. Nie zamierzał odpuścić Anakinowi Skywalkerowi tej zniewagi. Jeżeli ten głupiec sądził, że zdoła wraz z tą twi'lekańską larwą uciec przed śmiercią z rąk Zygerri, to bardzo się pomylił. Kabar przysiągł sobie, że własną ręką zabije bachory senator Amidali. I ją samą.
       - Panie, nie żebym kwestionował twoje zdolności, ale czy jesteś pewny, że uda nam się wtargnąć do świątyni? Jeszcze nikomu się nie udało, prócz tego zamachu... - zaczął jeden z jego kompanów. Jeżeli tak można było go nazwać. Był podwładnym Kabara i jak każdy żołnierz zygerriańskiego wojska nie wykazywał większej inteligencji.
    - Wtargnę tam po prostu. Mam gdzieś strażników. Dorwę dwójkę szczylów na oczach Skywalkera. A z tą niebieską dziewką zajmę się potem - odpowiedział hardo. Jego ton głosu wyraźnie dawał do zrozumienia, że Kabar nie chciał słyszeć słów oznaczających choć cień wątpliwości co do powodzenia planu.
       Jasne, będzie miał na głowie całą bandę Jedi i samego Skywalkera zanoszącego się wściekłością, na jaką nie powinien się zdobywać w roli Rycerza Jedi. W sumie, to nie ma większego znaczenia, nawet jeśli Anakin przebije jego ciało mieczem, to nie przywróci tym życia swojej rodzinie. Kabar umrze ze świadomością, że znęcał się na tylu byłych niewolnikach na ilu zdążył, a do całej bandy napatoczył się jeden z potężniejszych obrońców pokoju, bohater Republiki. Miód na serce Zygerrian i wszystkich wrogów Zakonu Jedi, nawet resztki Konfederacji Niezależnych Systemów.
       Kabar zaparkował w jednej z uliczek niedaleko świątyni Jedi. Zamierzał udać się do domu Jedi wtargnąć tam z bronią. Mieli mało czasu, a wypadałoby znaleźć jak najszybciej sypialnie, choć jeśli przyczynią się do krytycznej sytuacji, będą mogli pójść do punktu zbiórki i tam wycelować broń.
       Wbiegli po schodach Świątyni Jedi i jak najszybciej mijali filary, aby dostać się do środka. Napotkali dwoje strażników, którzy po chwili padli od strzałów dwóch podwładnych Kabarowi zygerrian.
       - Zaraz zacznie się chaos - powiedział bardziej do siebie niż do swoich żołnierzy. - Gdzie mogą znajdować się sypialnie...
       Skierowali się w lewo na najbliższe schody i pognali w dół kierując się instynktem. Kabar widział jakieś małe okna - z niektórych wydobywało się światło. Nie był jedyną osobą w galaktyce, która wiedziała, że Jedi żyli we wszelkim wyrzeczeniu, więc raczej nie mieli więcej niż jednego okna w swoich kwaterach prywatnych... jeśli tak to można nazwać wśród obrońców pokoju.
       Kabar się nie mylił. Zeszli pięć pięter w dół i trafili na korytarz pełen drzwi. Z pokoju wyszedł mały chłopiec. Wyglądał na około siedem lat. Tak więc trafili na kwatery dzieci.
       Doskonale.

~~Ahsoka Tano~~

       Podniosła się gwałtownie z łóżka. Nie myśląc wiele wybiegła ze swojej kwatery. Postanowiła zaufać Mocy i pozwoliła jej się prowadzić aż do kwater młodzików. Czuła obcą obecność w murach domu Jedi i nie wróżyło to nic dobrego. Wcisnęła na wszelki wypadek przycisk komlinku. Aż wstyd było jej przyznać, ale zrobiła to z powodu niedawnych niedopatrzeń Rady, co mogło skończył się bardzo źle. Nie miała pewności, czy starsi Jedi też dostali te same sygnały, co ona.
       Kiedy dotarła na odpowiednie piętro zauważyła zygerrian.
       - Wychodził, dzieci Skywalker! - wrzeszczał jeden.
       - Ej! Najpierw zmierz się ze mną! - zwróciła jego uwagę.
       Zygerrian odwrócił się, spojrzał na nią i obdarzył ohydnym chytrym uśmieszkiem.
    - Togrutanka. Panowie, kto by pomyślał! Przylecieliśmy w zemście, a zyskamy kolejnego niewolnika. Do tego nadaje się twoja rasa, obrzydliwa dziewucho - wysyczał.
      Tano włączyła swoje miecze świetlne i ruszyła na niego. On zaczął strzelać, a ona sprawnie odbijała wiązki . Ktoś z tyłu obezwładnił Mocą dwóch kompanów. Ahsoka odcięła lufy dwóch blasterów śmiałka, który chciał ją przerobić na służbę. Wyciągnęła przed siebie swoje shoto celując w gardło przeciwnika, żeby go wystraszyć. Zygerrianin.
       - To koniec - oświadczyła mu.
       - Czego tu szukacie? - Zapytał groźnie Mace Windu. - Gadaj - wymusił.
     - Zemsty - wydyszał. - Jestem Kabar. Więziłem Anakina Skywalkera. Uciekł mi i ośmieszył. Zwiał dzień przed egzekucją! Rozumiesz to?! Wiesz, jak się czułem popadając w niełaskę mojego pana? Byłem najbardziej zdeterminowany, zwłaszcza do wyłapania byłych niewolników. Mieć w swoich lochach jednego z najlepszych Jedi. Poza tym, cały czas, przez te trzy lata robił ze mnie idiotę. Jego dzieci... zabicie byłyby nie tylko osobistymi porachunkami, ale też osłabieniem dla waszych szeregów. Sam fakt, że się tu włamaliśmy już was oczerniło.
       - Nikt się nie dowie - obiecał Windu.
       Ahsoka popatrzyła na Koruna zdezorientowana. Uważała, że to nie w porządku, aby robić z siebie doskonałych po tym, co się stało. Rozumiała ratowanie honoru Zakonu Jedi, ale nie Rada nie powinna robić z siebie doskonałych. Moc nie zawsze im sprzyjała, byli istotami żyjącymi mającymi własny rozum wspomagany pewną siłą - nie doskonałymi superbohaterami.
      - Jesteście zatrzymani pod zarzutem zamachu na życie. Módl się, żeby powrót Anakina trochę potrwał, bo nie wiem, jak zareaguje na to, że ktoś chciał skrzywdzić jego dzieci - wtrąciła Ahsoka.
       - I żonę - zauważył Kabar.
       - Padme Amidali nie ma na Coruscant. Wytoczy ci niezły proces.
_____________________________________
Ja jestem ogółem debilem z matmy, nie wie czy to magia świąt, czy modlitwy działały, czy się nauczyłam - a może jedno wielkie combo tego wszystkiego. Dostałam 4 z matmy ze sprawdzianu. Ostatni raz dostałam tak dobre oceny ze sprawdzianu w podstawówce, dwie piątki - jedną z procentów (kocham procenty), a drugą z liczb dziesiętnych. Potem już nigdy.
Moja reakcja: krzyk i płacz

NMBZW!

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Opowieść wigilijna

       Wszyscy mamy wyobrażenia spędzenia świąt rodem z filmów, reklam... ogółem - idealnych.
    Nie da się tego realnie zrobić. Żeby choć trochę przedstawić idealny świąteczny czas, musielibyśmy zostać na jakiś czas sami. Prawda jest taka, że nasze plany niszczą ludzie. Znacie te cytaty o tym, że największe potwory tkwią w nas? To nie jest tak, że diabeł i anioł siedzą nam na ramionach - diabeł po lewej, no bo lewa źle się kojarzy, a anioł stróż po prawej, bo "prawo" to prawość, prawda, więc dobro. Większość osób na pytanie, która strona jest waszą ulubioną? Bez żadnych szczegółów.
       Nie patrzcie w następne zdania i wybierzcie stronę. Tu i teraz.
      Prawa, nie? Bo dobrze się kojarzy, bo z automatu. Ja wam teraz mówię "Idźcie w lewo" co pomyślicie? Niechęć. Bo lepiej w prawo, bo lewa może zgubić, bo lewo to zło.
       Ja do szóstego roku życia lubiłam prawo. Nie wiem czemu. Jestem praworęczna, bo prawy dobrze się kojarzy. Nagle poczułam, że lewa jest zaniedbana. Czemu każdy wybiera prawą stroną? W jednym momencie wybrałam stronę lewą i tak już zostało. Z perspektywy czasu twierdzę, że podświadomie przygotowałam się do dalszego życia. Po lewej stronie stoi ten mały diabełek. Ja wybieram jego. Nie dlatego, że jestem niewierząca. Bo jestem odważna i chcę zmierzyć się ze złem. Raz wiem w co się pakuję, ale tylko dlatego, żeby przyniosło to dobre skutki i powiem aniołowi "Widzisz? Dałam radę", jeszcze czasem wchodzę w bagno kompletnie nieprzygotowana i narażam się na porażki. Ale wtedy jestem bliżej dobra.
       Niewielu ma takie refleksje.
       Bohaterowie opowieści wigilijnej też nie.
       STÓJ!
       Nie kopiuje, nie robię według schematu Scrooge'a. Robię coś na styl, ale to nie jest duch, który każe nam się zmienić. To zupełnie co innego. Już w tym momencie przedstawiłam mój cel - abyście wszyscy zdali sobie sprawę, w jakim świecie żyjemy, co nas spotyka i z czym mamy się mierzyć. Żebyśmy naprawdę zmusili się do refleksji.
        To nie jest tak, że nagle wam przyjdzie jakiś duch, kobieta czy Yoda jako duszek. Albo Qui-Gon jako duch Mocy. Szczerze powiedziawszy, teraz wpadłam na to gdybanie, ale wydaje się to świetnym pomysłem. Ale nie o tym mowa. Po co ktoś, czy jakaś zmora zza światów ma nam pokazać kim jesteśmy?
       My sami mamy siebie znać.
       To nasze życie, nikt inny go za nas nie przeżyje. Chwile, które doceniamy, tak piękne jak święta bożego narodzenia, są powodem do napisania pewnej ciekawszej historii w dziejach naszego życia.
       Więc zacznijmy opowieść.
       Mistrzu Yoda, mam nadzieję, że jesteś gotowy.
       Wesołych Świąt!
_________________________________________
Wstawiam o 23:10, zapomniałam kompletnie, trzy godziny na sprawdzian z matmy się uczyłam, trzymajcie kciuki! Dziś - przedsmak, prolog, jakkolwiek to nazwiecie, jutro skoryguję spis treści.
Mam nadzieję, że się podoba, czekam na opinię, do zobaczenia w środę!

NMBZW

niedziela, 2 grudnia 2018

Rozdział 226

ONE SHOTY!

NIE CHCESZ ZOSTAĆ ZASKOCZONY? CZYTAJ WSZYSTKO!
Aby one-shoty, których szykuje się aż SIEDEM w te święta, się pojawiły, należy dodać chociaż jeden komentarz z INFRMACJĄ CO NAJBARDZIEJ WAS ZACHWYCIŁO W ROZDZIALE. Będą one dodawne w poszczególne dni:
Niedziela:
2.12 - Rozdział 226
9.12 - Rozdział 228
16.12 - Rozdział 230
23.12 - Rozdział 232
30.12 - Rozdział 236
Poniedziałek:
3.12 - One-shot 
10.12 - One-shot
17.12 - One-shot
24.12 - One-shot
Środa:
5.12 - Rozdział 227
12.12 - Rozdział 229
19.12 - Rozdział 231
26.12 - Rozdział 233
Piątek:
7.12 - One-shot
14.12 - One-shot
21.12 - One-shot
Dodatkowo:
27.12 (czwartek) - Rozdział 234
28.12(piątek) - Rozdział 235
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

~~Ahsoka Tano~~

[Piąty rok odwetu zygerriańskiego, Coruscant]
       Nie sądziła, że tak szybko spodoba jej się ten cały romans.
      Kiedy go zaczęła, zastanawiała się, czy faktycznie dobrze zrobiła, czy warto zaryzykować i bała się tego, że nie będzie potrafiła się przy nim zachować, ale już przy pierwszym spotkaniu czuła się u jego boku tak swobodnie! Nie wstydziła się go całować i obejmować oraz zwierzać się ze wszystkich rozterek zaprzątających jej umysł.
       Ich schadzki odbywały się wieczorem, tuż po tym, jak zachód słońca ustępował granatowi nocy ozdobionego nie tylko gwiazdami, ale również światłami wydobywającymi się oknami z pomieszczeń w licznych drapaczach chmur. Padawanka zostawiała bliźnięta Skywalker w swoich pokojach, aby mogli się wyspać. Ahsoka sama wracała tuż przed północą, choć ciężko było jej przerywać rozmowy z Luksem. Mieli sobie wiele do opowiedzenia, a pierwszy wieczór nie wystarczał. Jak się później okazało - następne też nie. Na razie ceniła sobie bliskość jego osoby, to, że ją wysłuchiwał, opowiadał swoje przygody. Bo od tego powinien zacząć się związek, prawda?
       Togrutanka gdzieś w środku torturowała samą siebie nazywając się "egoistką", ponieważ część jej twierdziła, że nie powinna dbać o samą siebie, że to źle, że zostawiła dzieci same, choć na sto procent spały całą noc. Oskarżała się, że nie powinna oddawać się przyjemnościom, jakim jest posiadanie partnera, którego NIE MUSIAŁA z góry kochać - którego pokochała sama z siebie.
       - Ahsoko, gdzie tak wieczorami znikasz? - zapytała ją raz Leia. To, że dzieci zasypiały o umówionych godzinach, nie oznaczało, że nie są bystre.
       - Mam parę spraw osobistych. Dowiesz się w swoim czasie. dobrze? - obiecała dziewczyna.
       - Sprawy osobiste w ustach Jedi, jeszcze w legalnych odskoczniach od kodeksu, oznaczają tylko romans - zauważyła Skywalker.
       - Czasem twoja za duża inteligencja stwarza problemy - zaśmiała się togrutanka.
       - Ciociu, wiem, że to cecha, za którą najbardziej mnie uwielbiasz. - Po tych słowach chude rączki oplotły siedzącą na ziemi Ahsokę. Na niebie już dawno zaszło słońce i nieubłaganie zbliżała się pora wyjścia ze świątyni.
       Leia ponownie ułożyła się wygodnie na swoim łóżku i opatuliła się kołdrą.
       - Dobranoc. Jutro czeka cię dość ciężki trening, jak na twój wiek. Ale obiecuję ci, nie będzie aż tak źle, jak każdy podejrzewa przed pierwszymi ćwiczeniami z Macem Windu. - Tano podniosła się z klęczek, ale Leia chwyciła ją za przegub.
       - Ahsoko, proszę, nie idź dzisiaj. Zostań ze mną.
       Dziewczyna popatrzyła zdziwiona na swoją podopieczną. Na sto procent nie była zazdrosna o Luksa, ale zdecydowanie ciało Lei ogarnął niepokój, większy niż czuła u niej  Ahsoka przez większość dnia, choć dziewczynka starała się to ukrywać.
       - Mam złe przeczucia. Czuję, że coś złego się stanie - oświadczyła Skywalker.
       Ahsoka położyła się obok niej i kliknęła tylko jeden przycisk w komlinku. Miała umowę z Luksem, że jeśli nie da rady, to nada jeden sygnał. Resztę dnia, a potem nocy, spędziła przytulając swoją bratanicę podczas snu.

       Na drugi dzień zjawiła się w gabinecie Luksa.
       - Mogę wiedzieć, co cię wczoraj zatrzymało? - zapytał nie odrywając wzroku od datapadu. Cały czas coś przewijał i wpisywał.
       - Leia Amidala Skywalker. Miała złe przeczucia - odpowiedziała togrutanka zasiadając w fotelu na przeciwko niego.
       - Widząc cię o tej porze w senacie, wnioskuję, że noc była spokojna i coś ją zmyliło - zauważył.
       - Nic ją nie zmyliło. Nadal je ma. Nauczyłam się, że dziecko zawsze powie ci prawdę, a ty naucz się, że Jedi, nieważne czy starszy czy młodszy, może się pomylić w przeczuciach, ale przy obu nie można kwestionować zdania "Mam złe przeczucia".
       - Rozumiem. Czyli nadal może coś czyhać.
       - Dokładnie. Co dziś masz do roboty? - zaciekawiła się.
       - Podpisywanie papierków z Onderonu. Prawię kończę. Jeśli możesz, poczekaj na mnie, a potem mamy resztę dnia dla siebie... - zawahał się. - Chyba.
       - Do późnego popołudnia mam czas. Potem wracam do świątyni. Wydaje mi się, że znowu Leia mnie poprosi o zostanie. Poza tym, zaczęła coś podejrzewać - wspomniała z uśmiechem.
       - A jej brat?
       - Nie są zwykłymi bliźniętami. Zachowują się, jakby mieli wspólny mózg.
       Przyszła jej do głowy głupia myśl, za którą wstydziła się sama przed sobą. Zabrnęła myślami za daleko mówiąc sobie, iż ma nadzieje, że Lux nie zechce dzieci, jeśli ten związek miałby trwać bardzo długo. Nie widziała siebie w roli matki, miała dość będąc opiekunką. Poza tym, żyła zgodnie z kodeksem Jedi i nie zamierzała tego zmieniać. Pewna odskocznia nie oznaczała podzielenia losu Anakina. Zresztą, on też nie planował potomka, a tym bardziej dwójki na raz. Dziwne wyobrażenie sobie wiadomości "jesteś w ciąży" od droida medycznego sprawiało wrażenie osypywania się gruntu pod jej nogami, a były to TYLKO insynuacje.
       Nie zauważyła, jak długo zanurzyła się we własnych myślach, ale siedziała tak cicho, że Lux bardzo szybko poradził sobie z pracą.
       - Możemy iść - oświadczył tym samym ściągając Ahoskę z powrotem do świata realnego.
       Nadal milczała i utrzymywała to aż do momentu, kiedy nie dotarli do apartamentowców. Kiedy Bonteri zaczął mówić myślała, że odciągnie ją od tego, o czym chciała od rana zapomnieć - o złych przeczuciach Lei.
       Niestety.
       Obawy nie opuściły jej do końca dnia.
______________________________________
Zadowoleni z rozpiski?! Liczę na ogrom pozytywnych reakcji i na opinie dotyczące rozdziału!

NMBZW!